11/26/2017

Włosy: Tymczasowa koloryzacja bez niszczenia włosów - pianka Venita Trendy Mousse

Cześć!
Od czasów nastoletnich regularnie farbowałam włosy. Często zmieniałam ich kolor, nie raz bardzo drastycznie, i oczywiście zawsze samodzielnie ;) Czasem się dziwię, ze w liceum nie zostałam łysa, ale dzięki cudnym genom moje włosy są bardzo pancerne, odporne na wszelkie preparaty, wysoką temperaturę i tak dalej. Jednak jakiś czas temu postanowiłam wrócić do naturalnego koloru – w sumie nieciekawego, bo jest to typowy mysi blond.


Jakoś w marcu, mając już włosy do łopatek: ścięłam je dość mocno, wraz z końcówkami pozbywając się ostatnich resztek farby. Jednak nie byłabym sobą, gdybym już w okolicach wakacji nie zaczęła kombinować 😂 Mimo, że jak wyżej wspomniałam, moje włosy są mocne to nie chciałam fundować im amoniaku lub jego pochodnych i postanowiłam przetestować hit tego lata. Pianka koloryzująca pozwala na tymczasową zmianę koloru, w teorii zmywa się po kilku–kilkunastu myciach całkowicie i nie niszczy włosów. Postawiłam na markę Venita, i od razu kupiłam 3 kolory z serii Trendy Mousse: wściekłą pomarańcz( nr 24), ognistą czerwień (34) i wyrazisty fiolet (40).

Niestety nie zrobiłam zdjęć w kartonikach: puszki są identyczne dla każdego koloru, a jego numer jest skrzętnie ukryty na spodzie opakowania.


Na pierwszy ogień, w połowie lipca poszła pianka koloryzująca w kolorze pomarańczowym. Aplikacja jest troszkę trudniejsza, niż w przypadku farby czy saszetek, ale nie jest źle. Trzymałam ją na włosach, zgodnie z zaleceniami producenta około 20 minut. I co? NIC. No, prawie nic – na moich mysich kosmykach dała jedynie delikatną poświatę, widoczną tylko w słońcu.

Podejście drugie: fioletowa pianka użyta pod koniec lipca.



I tu wyszło super. Wyrazisty fiolet towarzyszył mi przez miesiąc. Początkowo sprał się do delikatnego ombre, jednak na koniec z niebieskiego barwnika (bo pamiętacie z plastyki: fiolet = czerwony + niebieski) zostały jedynie zielone tony, więc mój blond lekko zalatywał glonami 😋

Na koniec, początkiem września nałożyłam ognistą czerwień. Prezentowała się świetnie, i ja też się super czułam w takim kolorku. Jednak przez te 1,5 miesiąca włosy zdążyły mi troszkę podrosnąć, cały czas stosuję maski i wcierki przyspieszające wzrost, więc również pojawiły się baby hair, które trochę zagęściły czuprynę. Z tego powodu jedno opakowanie pianki wystarczyło mi tak ledwie, ledwie, zupełnie na styk. A jak z trwałością czerwieni? No i tu niespodzianka. Minął wrzesień, minął październik a kolor wciąż siedział na włosach, jedynie lekko wypłowiały. Pojawiły się odrosty, niektóre pasemka minimalnie bardziej zbladły, ale ogólnie pianka zachowuje się niewiele gorzej niż tradycyjne farby. Czy to źle? I tak, i nie. Nie dziwię się komentarzom na fanpage Venity: niektóre mamy pozwoliły na tę – w założeniu dość szybko zmywalną koloryzację – swoim nastoletnim córkom na czas wakacji. Wakacje się skończyły, a pianka na włosach została. W zależności od użytego koloru: niekoniecznie mogło być to mile widziane w szkołach, prawda?

Osobiście z tej trwałości jestem zadowolona: bo efekt, jak po farbie, ale z nadzieją na zmycie (pewnie z pomocą szamponu przeciwłupieżowego proces przyspieszymy), ale Venita nie bierze zupełnie odpowiedzialności za obietnice składane w opisie produktu. Bo każdemu odpowiada (ja też, w ramach testu, napisałam pytanie w wiadomości na stronie producenta, a w komentarzach dokładnie ta sama śpiewka), że trwałość zależy od kondycji włosa itp. Ok, rozumiem, że na rozjaśnianych, zniszczonych włosach kolor może się utrzymywać zdecydowanie dłużej. Ale nie sądzę, żeby nastoletnie dziewczynki, pierwszy raz sięgające po preparat koloryzujący miały aż tak zniszczone włosy, by pianka w takim stopniu się w nie "wgryzła". Moje włosy również są w bardzo dobrej kondycji, niskooporowe, więc tu tłumaczenie Venity o kondycji włosów zupełnie nie gra.


Sama kupiłam w czwartek kolejne pianki, tym razem już po 2 sztuki na 1 użycie (może z 4 pianek uda się zrobić 3 podejścia, zobaczymy). Cztery razy czerwień i dwa razy inny kolorek: a jaki, to zdradzę jak go już nałożę 😉 I tu spotkała mnie mała niespodzianka podczas zakupów – "mojej" czerwieni były dostępne 4 opakowania, więc wzięłam wszystkie. Dosłownie 15 minut po zakupie zadzwoniła do mnie miła pani ze sklepu, z przeprosinami, że wkradł się im błąd i tej czerwieni mają tylko trzy sztuki. Mając do wyboru zwrot pieniędzy lub inny kolor: poprosiłam, by wybrała kolor najbardziej zbliżony do tego, jak się okazało po (ekspresowym) przybyciu paczki padło na wiśnię. Od razu w piątek nałożyłam kolor: tzn. nakładała mi go mama. Mieszałam na bieżąco w sporej miseczce mniej więcej równe porcje czerwieni i wiśni i powiem Wam, że jestem zachwycona efektem! Wyszło coś dokładnie pomiędzy – niby czerwień, ale minimalnie wpada w wiśnię, i połysk jest właśnie typowo wiśniowy. Cudny kolorek!

Podsumowując: aplikacja i opakowanie są okej. Trwałość? Tu zależy od koloru pianki, od wyjściowego koloru Twoich włosów, ich kondycji, no i wychodzi na to, że od widzie-mi-się danej pianki. Tak więc zakup pianki koloryzującej Venita Trendy Mousse to troszkę loteria, nie wiadomo, jakiego efektu się spodziewać.

Sama będę wierna czerwieniom i fioletowi, ale obiektywnie oceniając – kupujesz na własne ryzyko i nie masz pewności, jaki będzie efekt końcowy.














0 komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że ze mną jesteście :*