10/24/2017

Lifestyle: Trochę prywaty - czyli nieciekawe wypadki z ostatnich tygodni

Cześć!

Wiecie co, ostatnio nawiedzają mnie – a także moich znajomych same plagi. Ostatnie tygodnie nieźle dały mi w kość, więc przyszłam sobie do Was troszkę pomarudzić, poopowiadać, tak bardziej na luzie, niż zazwyczaj. Choć osoby, które śledzą mnie na Insta i Facebooku już parę rzeczy czytały.


W sumie, to chyba należę do ludzi, którzy urodzili się pod nieszczęśliwą gwiazdą 😉 Ale to już raczej materiał na grubą książkę, a nie wpisy na blogu – chociaż nie wykluczam, że gdzieś tam po drodze o pewnych rzeczach Wam poopowiadam. Od wakacji jednak po prostu wali się i pali na każdym kroku. Zaczęło się od tego, że zrezygnowałam z pracy: tak, zrezygnowałam sama, ale złożyło się na to wiele czynników i mimo wszystko jakoś to przeżyłam, do tej pory jakoś nie mogę wejść w rytm innych działań, czas przepływa mi między palcami nie wiem kiedy. Co prawda mam zamiar ruszyć ze swoją własną działalnością – ale tu muszę czekać do wiosny, aż ruszą środki na dofinansowania. Więc tak siedzę w domu i plątam się z kąta w kąt. Zwłaszcza, że jestem 100% typem multitaskingowca: im więcej i szybciej muszę zrobić, tym sprawniej i chętniej działam. Z kolei jedna, dwie mało pilne rzeczy: odwlekam w czasie na maksa, bo "za chwilę", "jutro", "przecież mam czas" 😁

Tegoroczne plagi zaczęły się na mnie sypać jeszcze wiosną: padł mi – wcale nie stary – laptop, więc konieczność używania własnego komputera w pracy zmusiła mnie do pilnego zakupu czegoś nowego. No i co? Minęło ledwie kilka miesięcy, i już zdążył umrzeć mi dysk. Przed odesłaniem go na gwarancję straciłam prawie 2 tygodnie na próby odzyskania danych (bo tego gwarancja nie obejmuje), no ale niestety, zostałam o niczym. O ile starałam się w miarę regularnie podsyłać pliki w chmurę, to nie zdążyłam przesłać ich wszystkich, bo nigdy nie miałam czasu, żeby siąść te bite 2 dni nad tym, tylko gdzieś z doskoku wysyłałam po folderze, dwóch. Najbardziej mi żal dość starych zdjęć, które niestety nie zachowały się nigdzie indziej 😓 Jedyny miły akcent jest taki, że po odesłaniu dysku na gwarancję: zupełnie nowy, na dodatek troszkę lepszy miałam w domu już 3 dni później.

No ale żeby nie było nudno: w oczekiwaniu na kuriera z dyskiem zajrzałam do piwnicy, bo woda jakoś niemrawo leciała z kranów. Typowe mieszczuchy, a dokładniej "blokersi" 😉 mogą nie znać takich sprzętów – ale nasz domowy hydrofor postanowił przejść na emeryturę. Pół piwnicy zalane wodą z pękniętego zbiornika, dwa dni załatwiania spraw związanych z montażem nowego, i cała sobota spędzona w akompaniamencie cięcia, szlifowania i tłuczenia się w rury + w bonusie 2 dni bez bieżącej wody. No i jak się pewnie domyślacie: kolejny niemały wydatek.


Ale hitem jest to, jaką historię zafundowała mojej przyjaciółce elektrownia: i tu głównym bohaterem jest między innymi pompa od hydroforu. Ponad 2 miesiące temu zaczęła jej się wyłączać bez powodu, nieregularnie, czasem na dłużej, czasem na krócej. Czasem kąpiel bywała wyzwaniem, bo nalanie wody potrafiło trwać i 30 minut. Jeden elektryk, drugi – stwierdzili, że u niej wszystko jest ok, więc zaczęła zgłaszać sprawę do elektrowni. Ale oczywiście: przy każdym zgłoszeniu, zanim ekipa techniczna się do niej dotoczyła, już wszystko było ok. Po którymś zgłoszeniu patrzyli na nią jak na wariatkę mającą zwidy. Dopiero za entym razem technicy natrafili na moment kolejnej w ciągu kilkunastu minut awarii i raczyli stwierdzić, że coś jest na rzeczy. Żeby nie było za prosto – oni sami, nawet mając sprzęt przy sobie, nie mogą założyć specjalnego czujnika napięć, tylko Gosia musiała tracić pół dnia, by złożyć stosowne podanie bezpośrednio w siedzibie elektrowni. Nim owe pismo ktoś raczył rozpatrzyć, którejś niedzieli znów zaczęło się szaleństwo z prądem, żarówki migały, pompa chodziła, jak chciała, więc kolejny raz zjawili się technicy. I bingo! Któryś z nich wpadł na jakże genialny pomysł, żeby sprawdzić pobliską rozdzielnię. I co się okazało? Właśnie te parę miesięcy temu ekipa coś tam grzebała, i nie dokręciła JEDNEGO kabelka, własnie tego, od trzeciej fazy czyli tzw "siły". W konsekwencji: jak wiatr zawiał (dosłownie!) to kabelek stykał lub nie. Sprawa rozwiązana, a tu dzień później telefon z elektrowni z informacją, że podanie o (niepotrzebny już w tym momencie czujnik) zostało w końcu łaskawie rozpatrzone, i chcieli się umówić na montaż. No rychło w czas 😂 Ale to nie koniec: koleżanka ma duży piec z podajnikiem, wraz z komputerowym sterownikiem. Okazało się, że za sprawą tych cyrków z elektrowni komputer się spalił, a wymiana to – bagatela – ponad pół tysiaka. Na szczęście koleżanka ma dość spory pakiet ubezpieczenia domu, więc bez problemu uzyskała odszkodowanie.

Do tej pory jakoś nie potrzebowałam korzystać z nadprogramowych ubezpieczeń, ale patrząc na ostatnie miesiące: chyba najwyższa pora o czymś pomyśleć 😂 Gosia w skali roku wcale nie płaci jakiegoś majątku, a jej ubezpieczenie obejmuje naprawdę spory zakres różnych wypadków i przypadków. Owszem, często zdarza się, że ubezpieczyciele zaniżają wysokość wypłat, ale po pierwsze – lepszy rydz, niż nic; po drugie, jak już gdzieś nadmieniałam we wcześniejszych wpisach, w razie rażąco niskiej kwoty zawsze mamy możliwość walczyć o więcej. Sporo dobrego słyszałam o Kompensji, jednak ona zajmuje się troszkę innym zakresem odszkodowań (wypadki komunikacyjne czy w pracy).  Tak więc nawet mając wykupione ubezpieczenie w TU, zawsze dobrze mieć w zanadrzu firmę o renomie Kompensji, która w razie potrzeby pomoże nam uzyskać odpowiednią kwotę odszkodowania.

Co sądzicie o wykupywaniu dodatkowych ubezpieczeń? Uważacie że warto? A może korzystacie i możecie polecić jakąś sprawdzoną firmę?










0 komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że ze mną jesteście :*