10/19/2017

Paznokcie: Naklejki wodne od DobraRada.com.pl

Cześć!

Zgodnie z niedawną zapowiedzią – tematem dzisiejszego wpisu będą naklejki wodne na paznokcie, które były częścią przesyłki, jaką otrzymałam jakiś czas temu od sklepu DobraRada. Całą przesyłkę pokazywałam Wam we wpisie o X-hybrid.


Piękne wzorki? Nie musisz mieć talentu do malowania!

Już od dłuższego czasu popularne jest zdobienie paznokci różnymi wzorkami, często bardzo misternymi. O ile w salonach oferujących manicure zazwyczaj pracują osoby z artystycznymi predyspozycjami – to nie każda z nas może się nimi pochwalić. Z pomocą przychodzą nam rozmaite akcesoria i dodatki, dzięki którym w kilka minut wyczarujemy na paznokciach piękne i oryginalne wzory.
Jednym z prostszych sposobów na ozdobienie paznokci są naklejki wodne. W zależności od swoich preferencji: mamy do wyboru delikatne, małe wzorki, które sprawdzą się jako dyskretny akcent, jak i również szalone, kolorowe wzory umieszczane na całym paznokciu. Tu tez same podejmujemy decyzję, czy ozdobić tylko 2, 3 paznokcie, czy też wszystkie.

W paczce od DobrejRady otrzymałam 5, wybranych przeze mnie wzorów – dwa z nich są całopaznokciowe, reszta to drobniejsze wzorki:


Jak używać naklejek wodnych?

A no bardzo prosto! Już po pomalowaniu i wyschnięciu paznokci (naklejek możemy używać zarówno na hybrydach, żelach, jak i tradycyjnych lakierach) wycinamy fragment, który chcemy użyć na danym paznokciu. Pamiętamy o zdjęciu wierzchniej, przezroczystej folii 😁 Tak, przypominam o tym, bo mimo, że naklejek używam już od lat, to do tej pory często zdarza mi się w pośpiechu o tym zapomnieć, a wówczas naklejka nadaje się już tylko do kosza. Taki wycięty fragment bez folii wrzucamy do przygotowanego wcześniej pojemniczka z ciepłą wodą. Po około 15-20 sekundach (czasem dłużej, zależy od danych naklejek) - wzór odmacza się od papieru, na którym się znajdował. Wyławiamy go wówczas i umieszczamy na paznokciu. Polecam zmoczyć wcześniej konkretny paznokieć: zyskujemy wówczas dodatkowy poślizg i trochę więcej czasu, na umieszczenie naklejki dokładnie tam, gdzie chcemy. Kiedy jest już ona na właściwym miejscu – osuszamy bardzo delikatnie paznokieć, najlepiej przy pomocy bezpyłowego wacika.
I teraz: jeśli kładziemy całopaznokciową naklejkę na hybrydzie, to radzę odsunąć bazę (i samą naklejkę) od skórek minimalnie dalej niż zwykle, żeby top miał możliwość przykryć ją z zapasem. Sama lubię częste zmiany na paznokciach, więc często zamiast hybrydowego topu nakładam zwykły, i pomiędzy zmianą całych paznokci zmywam naklejkę bezacetonowym zmywaczem. Mogę chodzić wówczas kolejne dni z innym wzorkiem, lub po prostu zostawiając sam kolor.

Pora na zdjęcia i kilka słów o konkretnych naklejkach:


Wbrew pozorom, na powyższym zdjęciu są te neonowe naklejki! Ciemny, szary kolor lakieru fajnie je przygasił i zrobiły się delikatniejsze, bardziej dyskretne. Biały lakier z kolei z pewnością wydobędzie z nich prawdziwą moc i żarówę! Tak więc, bardzo sympatyczne 2 w 1, przyjemnie nosiło mi się ten wzór 😊


Tu przepraszam za niezbyt fajną fotkę, ale niefortunnie wybrałam tło (mam 10 różnych kolorów tego tła, ale tylko to srebrne daje tak po oczach😂), a zdjęcia obejrzałam na większym wyświetlaczu już po wyjściu koleżanki, na której łapkach się bawiłam. Ten wzorek, mimo, że wyraźnie odróżnia się od tła, to nadal jest bardzo delikatny, więc dla starszej licealistki lubiącej pomalowane paznokcie, jednak muszącej ograniczać szaleństwa – w połączeniu z nudziakiem sprawdziły się idealnie. Naklejki pokryłyśmy tradycyjnym topem, i w czasie pomiędzy robieniem nowego mani zmieniłyśmy je po niecałym tygodniu na równie stonowane stempelki.


Te naklejki to małe zaskoczenie. Zazwyczaj tło jest pół/całkiem przezroczyste, więc pod naklejki dałam biały lakier. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że biały kolor na naklejkach to nie przebijający z pod nich kartonik, a pięknie nadrukowany kolor. Przy tym wzorze mała uwaga – dla osoby sięgającej po raz pierwszy po naklejki mogą być troszkę trudniejsze w obsłudze. Są odrobinkę twardsze i sztywniejsze niż zazwyczaj bywają naklejki (chociaż czasem zdarzają się egzemplarze z kolei zbyt delikatne, lubiące się zwijać i marszczyć, co tez nie ułatwia aplikacji). Nie jest to jakiś duży minus, po prostu trzeba poświęcić kilka sekund dłużej, by je porządnie dopasować do płytki, i najlepiej pokryć je podwójną warstwą topu.

Pozostałe dwa wzorki jeszcze czekają na swoją kolej, więc na pewno niedługo będę się chwalić nimi na Instagramie i fanpage. Jednak po dokładnym obejrzeniu arkuszy, oraz na podstawie doświadczenia z neonkami z tej samej serii: mogę stwierdzić, że należą do rodzaju tych średniogrubych, czyli najłatwiejszych w aplikacji.

Bo jesień nie musi być bordowo-szara i nudna! Ja kocham naklejki i nawet po te najbardziej szalone wzory sięgam przez cały rok, ponieważ są łatwym i szybkim sposobem na urozmaicenie manicure. Zobaczcie sami, jaki wybór naklejek na paznokcie oferuje DobraRada -> TUTAJ

Ja kocham naklejki wodne, a Ty? Zdążyły rzucić na Ciebie swój czar? 😉


10/12/2017

Lifestyle: Pomoc prawna - gdzie jej szukać? Czy zawsze musisz za nią płacić?

Dzieńdoberek!

U Was też dziś taka śliczna pogoda? Ja dziś od bladego świtu – jak na mnie – na nogach, jeśli śledzicie mnie na Instagramie, to już po 8 witałyśmy się z Kalą z Wami na Stories! Jeśli jeszcze mnie nie obserwujecie – na dole strony jest galeria ostatnich zdjęć, po kliknięciu w dowolne traficie na mój profil ;) 

"Bez praw nie może być prawdziwej wolności."

Kontynuuję dziś serię wpisów na tematy związane z wymiarem sprawiedliwości, odszkodowaniami, dochodzeniem swoich praw. Jak Wam już wspominałam – od jakiegoś czasu dość mocno zagłębiam się w prawnicze tematy i zauważyłam pewną prawidłowość: albo bardzo ciężko dokopać się do jakichś sensownych i rzeczowych informacji, albo są one pisane branżowym, prawniczym slangiem, który niekoniecznie jest przystępny dla przeciętnego zjadacza chleba. Dlatego postanowiłam, że w kolejnych wpisach, pojawiających się od czasu do czasu, będę starała się wyjaśniać niektóre zagadnienia w prosty sposób. Bo żeby walczyć o swoje – najpierw trzeba mieć świadomość, co nam się należy, i w jakich sytuacjach warto wziąć sprawy w swoje ręce, a nie tylko czekać na rozwój wydarzeń.


Jak już kiedyś wspominałam – uważam, że jeśli nawet Ty, w konkretnej sytuacji, wyjdziesz niewiele na plus, to i tak warto walczyć. Dla zasady, dla innych. Żeby rozmaite instytucje, urzędy czy firmy w końcu nauczyły się, że nie mogą sobie notorycznie pozwalać na "lecenie w kulki", licząc, że ludzie będą zawsze odpuszczać. Bo niestety sporo firm nadal tak własnie funkcjonuje: byle zarobić, nie ważne ile, nie ważne czyim kosztem i w jaki sposób. Byle kasa na koncie się zgadzała. Jak to się mówi: w kupie siła, i jeżeli w końcu ludzie się nauczą, że MOGĄ, a wręcz POWINNI walczyć za każdym razem, kiedy jest to możliwe, to i proceder "naciągania" klientów, konsumentów w końcu znacząco ograniczymy.


Na szczęście państwo coraz bardziej wychodzi na przeciw potrzebom obywateli i wdraża rozmaite programy, które pomagają ludziom w kwestiach prawnych. Rozmaite fundacje tez nie pozostają w tyle – pojawia się coraz więcej punktów, gdzie świadczona jest darmowa pomoc prawna. Czasem jest ona ograniczona, i dostępna jedynie dla osób o konkretnym statusie zawodowym czy finansowym, barierą bywa również wiek. Ale jednak grupa osób objętych taką pomoca jest dość spora, i faktycznie obejmuje osoby najbardziej potrzebujące. Jednak będę tu szczera: oczywiście tylko na podstawie moich własnych doświadczeń. Jeżeli zupełnie nie znasz się na zagadnieniach systemu prawnego, a Twoja sprawa jest dość prosta, to takie porady w zupełności Ci wystarczą. Niestety jednak: usługi świadczą tam zazwyczaj początkujący prawnicy, narzekający na nadmiar wolnego czasu i chcący nabrać doświadczenia 😉 Wolny czas u dobrego prawnika to raczej rzadkość, chociaż i trafiają się tacy, którzy po prostu chcą bezinteresownie pomagać i przeznaczają na darmowe konsultacje te kilka godzin w miesiącu.


Kiedy Twoja sprawa okazuje się zbyt zawiła, a Ty czujesz, że darmowa porada, którą usłyszałeś to raczej błądzenie po omacku niż rzetelne informacje: trzeba jednak skorzystać z konsultacji u specjalisty w danej dziedzinie prawa. Często w swoich wpisach odnoszę się do możliwości, jakie nam daje wszechobecny już internet. I w tej dziedzinie może nam bardzo pomóc. Konsultacja z prawnikiem z drugiego końca kraju nie stanowi obecnie problemu i bardzo często jest zdecydowanie tańsza niż bezpośrednia wizyta w kancelarii. 

Nie ważne, czy walczysz o swoje prawa pracownika, czy chcesz uzyskać większe odszkodowanie z jakiegoś tytułu: WARTO walczyć!



10/07/2017

W szafie: Jesień już, czyli czas na sweterki!

Jesienne trendy a rzeczywistość


Co roku projektanci – zazwyczaj zaczynając przygotowania wiele miesięcy wcześniej – prezentują nam nowe trendy na sezon jesienno – zimowy. I chociaż często pokazują się w nich różne kolory i wzory, to wystarczy wyjść na ulicę, żeby przekonać się, że bardzo często nie ma to przełożenia na zawartość naszej garderoby. Chyba udziela nam się ten smętny nastrój panujący na dworze i chętnie sięgamy po zgaszone, ziemiste barwy. Nie bez znaczenia jest też, zakorzeniona gdzieś jednak w każdym z nas, praktyczność. Bo jeśli czeka nas spacer do pracy czy sklepu w czasie jesiennej zawieruchy, to zazwyczaj wybieramy ubrania, na których nie będzie widać kropel deszczu czy błota. 


Postaw na kolor!


Ja mimo wszystko staram się chociaż trochę koloru przemycać w swoich zestawach. Wielobarwne, wzorzyste chusty i apaszki to mój konik, bluzeczki i sweterki też w mirę możliwości wybieram w weselszych kolorach. Chociaż moja miłość do odcieni bordo i szarości nie przemija, to ten kolor jednak gdzieś zawsze wcisnę. 

Poniższy sweterek jest prawie, że super. Dlaczego "prawie"? O tym za chwilkę.
Sam materiał jest taki milusi, że mogłabym się nim miziać i miziać 😍 Kolor to zupełny szok jak na mnie, bo niby nie przepadam za tym kolorem. Ale jakoś tak wyszło i nie żałuję. Niestety ciężko mi było uchwycić rzeczywisty kolor (delikatny, blady pudrowy róż) na zdjęciach, ale chyba najlepiej oddaje go – paradoksalnie – najgorsze jakościowo foto, które pstryknęłam na szybko, żeby pokazać koleżance, która JUŻ chciała zobaczyć zawartość paczuchy. W sumie od jakiegoś czasu stało się to naszą małą tradycją: siedząc całymi dniami na Skypie na bieżąco dzielimy się łupami naszego nieopanowanego zakupoholizmu i podrzucamy sobie info wraz z fotką, że właśnie był kurier/listonosz. Oczywiście zawsze leci jako pierwsze zdjęcie samej paczki, a w odpowiedzi za parę sekund jest "co mnie opakowanie interesuje, DAWAJ zawartość" 😂😁 Ciekawe, czy zainteresowana przyzna się w komentarzu 😋

Wracając do sweterka – kolor i materiał są jak najbardziej na plus. Niestety, jeśli przyjrzycie się bliżej, to dostrzeżecie na przodzie dwa zadziory: już w takim stanie sweterek do mnie dotarł. Przypuszczalnie uszkodzenie nastąpiło gdzieś pomiędzy taśmą produkcyjną a wrzuceniem ciuszka do woreczka, w które są standardowo pakowane. Na szczęście struktura materiału pozwala na "naprawę" problemu, wystarczy, że przeciągnę smętnie zwisające oczko na lewą stronę, ewentualnie dorzucę kropelkę bezbarwnego lakieru do paznokci dla utrwalenia. Ale sami przyznajcie – zamawiając ubranie oczekujemy, żeby było bez żadnej skazy (no chyba, że taka informacja jest czytelnie podana na stronie sklepu, wtedy mamy świadomość, że kupujemy produkt klasy B i sami decydujemy, czy ryzykować).




Jak widzicie sweterek ma bardzo fajny fason, z bardzo głębokim, kopertowym dekoltem, w którym się zakochałam! Do noszenia po domu – a jeśli jesteście odważniejsze w pokazywaniu ciałka, to i w innych okolicznościach – świetnie sprawdza się krótki top zamiast biustonosza pod spód. Uwielbiam to połączenie, i zazwyczaj tak właśnie go noszę. Tradycyjna koszulka w kontrastowym kolorze również będzie prezentować się doskonale. Mimo niewielkiego uszkodzenia (które już zniknęło za sprawą cienkiego szydełka) jestem zadowolona z zamówienia.











10/05/2017

Paznokcie: X-hybrid - czy hybrydy 3w1 się sprawdzają?

Lakiery hybrydowe - dlaczego warto je wybrać?


Od paru lat hybrydy zyskują coraz większą popularność. Zwłaszcza u zabieganych kobiet, które nie lubią częstych zmian na paznokciach, nie mają czasu, by co kilka dni zmieniać kolor. Tradycyjne lakiery do paznokci wytrzymują na naszych paznokciach około 5 dni: przy dobrych wiatrach dzień czy dwa dłużej. Jednak są problematyczne płytki – takie, jak moja – gdzie wynik powyżej 2 dni jest sukcesem. Do pewnego momentu mi to zbytnio nie przeszkadzało, bo uwielbiam zmiany. Jednak praca i nadmiar obowiązków sprawiły, że i ja skusiłam się w końcu na lakier hybrydowy.



Początki były ciężkie, pierwsza samodzielnie położona hybryda (a nawet nie hybryda, tylko sama baza z hardim, dla wzmocnienia płytki) zaczęła odchodzić płatami już po paru godzinach. Ale próbowałam dalej, bo co innego mieć wiedzę, jak poprawnie nałożyć hybrydę, ale przy przejściu do czynów bywa różnie. Bo mimo pilnowania gdzieś zalałam skórkę, bo niezbyt dokładnie zmatowiłam. Jednak mimo nabierania wprawy i eliminowaniu błędów – nadal wynik powyżej 2 – 3 dni był sukcesem. Primer kwasowy pomógł troszkę, ale szału nadal nie było. Owszem, na sam początek nie kupiłam najdroższych, markowych hybryd, ale ich wybór konsultowałam na paznokciowych grupach i wybierałam tylko te sprawdzone i polecane. Mimo wszystko – niecały tydzień to wciąż był max, jaki udało mi się osiągnąć.

Wszystko zmieniło się końcem sierpnia, kiedy dotarła do mnie paczka od sklepu DobraRada. W ramach współpracy wybrałam sobie 5 kolorów, naklejki wodne, 3 pilniki (każdy ma dwie różne gradacje po obu stronach, wybrałam różne modele, w tym jeden, który doskonale sprawdza się do matowienia płytki: 180/240) oraz dodatkowo bazę + top w jednym. Jak możecie się domyśleć po tytule wpisu – do samych hybryd top nie jest potrzebny, ale do zabezpieczenia naklejek i innych bajerów już tak.

Przesyłka prezentowała się następująco:

paczka

water decals

O naklejkach wspomnę szczegółowo przy okazji zdobień, dziś skupię się na hybrydach. Poniżej prezentuję pełną paletę kolorów (niestety piszę z zastępczego komputera, i nie mam dostępu do fotki przed moją ingerencją na jednym z kolorów 😉, ale kolor widać dobrze), oraz zbliżenie na kolory, które wybrałam:

lakier hybrydowy

x-hybrid kolory

Samego procesu nakładania hybryd nie będę szczegółowo opisywać, bo w sieci krąży pełno tutoriali, wpisów i innych "pomocy naukowych", więc chyba bez sensu pisać po raz setny o tym samym.  X-hybrid zaintrygowały mnie tym, że – według opisu producenta – zarówno top jak i baza są zupełnie zbędne przy nakładaniu samego koloru.

Parę słów od producenta:


Żele hybrydowe x-hybrid to expresowe hybrydy najnowszej generacji. Nie wymagają bazy i topu. Nie trzeba ich przemywać. Wygodny pędzelek 3D pozwala na łatwą i szybką aplikację. Odpowiednia konsystencja sprawia, że nie zalewają skórek, są też nieporównywalnie trwalsze od klasycznych lakierów hybrydowych dostępnych na rynku.(1)

Buteleczki tych hybryd to standardowy, czarny walec, zaopatrzony w dość szeroki, prosty i zgrabny pędzelek, który sprawuje się świetnie. Pojemność opakowania to 6 ml, czyli tak w sam raz. Miłym akcentem jest czytelna naklejka z podglądem koloru i jego numerem umieszczona na zakrętce – niestety nadal wielu producentów zapomina o tej niby drobnostce, która jednak bardzo ułatwia życie😉

Na pierwszy ogień poszedł u mnie numerek 14. Zdjęcie wzornika oddaje go dość dobrze (choć wiadomo, że sporo zależy od Waszych ustawień monitora) – jest to klasyczne, czyste bordo. Nakładając X-hybrid po raz pierwszy od razu przeprowadziłam mały eksperyment – na część paznokci nałożyłam bazę, na resztę już nie. Ten sam preparat 2w1 nałożyłam również nawierzchniowo, tu akurat musiałam, bo bawiłam się nowym pyłkiem do paznokci 😊 Wniosek: nałożenie warstwy bazy/topu w żaden sposób nie zmienia trwałości hybrydy, cały set nosiłam ponad 1,5 tygodnia – co jak już wspomniałam na moich paznokciach jest wynikiem bardzo dobrym. I pewnie jeszcze kilka dni spokojnie by wytrzymały, ale odrost nie dawał mi już żyć. 

Wracając do meritum: lakier hybrydowy X-hybrid sprawdza się doskonale. Jest dość gęsty, ale szybko i ładnie się poziomuje, nie zalewając przy tym skórek. A jego krycie? BAJKA!  Poniżej widzicie tylko jedną, naprawdę cieniutką warstwę! Przy nudziaku 09 pewnie też wystarczyłaby 1 minimalnie grubsza, ale wolałam nałożyć dwie bardzo cienkie. Troszkę bardziej problematyczna jest biała 01, chyba ze względu na moc pigmentacji jest troszkę gęstsza i trudniej ją idealnie równo rozprowadzić: trzeba albo poczekać dłużej, aż sama się wypoziomuje, albo jednak dać dwie, naprawdę bardzo cienkie warstewki. Ja jednak biały kolor używam głównie jako tło pod naklejki lub do podbicia neonów, więc tu nie ma potrzeby tworzenia super – idealnej tafli koloru. 

lakier hybrydowy bordo

stemple koronka

lakiery hybrydowe

Przez te 1,5 miesiąca udało mi się przetestować wszystkie kolory. Ich krycie i obsługa (poza opisaną bielą), trwałość nie budzą najmniejszych zastrzeżeń. Może nie miałam jeszcze okazji wypróbować nie wiadomo jakiej ilości hybryd, jednak kilka mniej i bardziej popularnych marek przeszło już przez moje ręce. Jak na razie X-hybrid stały się moimi ulubieńcami i na pewno skusze się na kolejne kolory, bo cena jest bardzo przystępna. No i chyba najważniejsze – chociaż zazwyczaj jestem dość sceptyczna w stosunku do produktów X w 1, to tutaj muszę podkreślić, że producent stanął na wysokości zadania. Owszem, może i przy odrobinie wprawy zrobienie hybrydy nie trwa wieczności (zwłaszcza biorąc pod uwagę na fakt, że nie musimy czekać na wyschnięcie lakieru, tylko od razu możemy wrócić do normalnego funkcjonowania), ale jednak każda kolejna warstwa wydłuża czas pracy. Tutaj? Maksymalnie 2 warstwy i gotowe – o ile oczywiście nie bawimy się w jakieś dodatkowe zdobienia. Dla kobiet, którym wiecznie brakuje czasu: produkt idealny!

Kończąc opis hybryd muszę wspomnieć o jednym aspekcie, który – niestety – wciąż dla wielu osób może być minusem. Lakiery hybrydowe X-hybrid niekoniecznie chcą współpracować z acetonem. Mimo, że coraz więcej się mówi o złym wpływie ściągania hybryd acetonem na paznokcie i skórki, to nadal jest sporo zwolenniczek tej metody. Ja mówię tej opcji NIE,  ale testując omawiane hybrydy musiałam je sprawdzić też pod tym kątem – próby przeprowadziłam na bordo oraz nudziaku. Oba kolory zachowały się podobnie – na niektórych paznokciach lakier odszedł bezproblemowo, na paru paznokciach pozbyłam się go tylko częściowo, ale na kilku uparcie siedział i ani drgnął.

Tak jak napisałam – dla mnie osobiście nie jest to żaden problem – ponieważ stanowczo wolę wprawiać się w obsługę frezarki, która odpowiednio używana nie ma tak negatywnego wpływu na nasze dłonie jak moczenie ich (choćby sporadyczne) w mocnych chemikaliach. O samej frezarce mam zamiar napisać wkrótce, ponieważ mam Wam do pokazania coś, co doskonale się sprawdzi u strachliwców (jakim i ja byłam początkowo), które obawiają się zacząć przygodę z frezarką 😀

Zmierzając do końca tego tasiemca 😉 jeszcze kilka słów na temat serii pilników i-nails, które również były w paczce od DobraRada. Otrzymałam trzy dwustronne pilniki, których kształt i gradację mogłam sobie wybrać według własnych upodobań. Padło na linię morską w kształcie elipsy, a ziarnistość to kolejno 80/100, 100/180 oraz 180/240.

pilniki do paznokci

Najdrobniejsza 240 jest idealna do matowienia płytki paznokcia przed nałożeniem hybrydy. Średni pilnik używam do wstępnego skracania i nadawania kształtu paznokcia, chociaż do piłowania boków wygodniej mi używać takich zupełnie cieniutkich pilniczków (te mają grubość 3 mm). Jako, że pod hybrydę daję zazwyczaj dla wzmocnienia hardiego (a więc i jeszcze bazę), to gruby pilnik jest doskonały to wstępnego zdarcia powierzchni lakieru, nim wezmę do rąk frezarkę. Używam ich regularnie od sierpnia i wciąż trzymają się świetnie.

Zarówno lakiery hybrydowe X-hybrid jak i pilniczki spisują się u mnie na piątkę z plusem, więc nie mogę zrobić nic innego, jak tylko zachęcić Was do ich przetestowania 😍














----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Źródła:
(1) http://www.dobrarada.com.pl/i-nails-x-hybrid-3in1.html

10/02/2017

#udostępnijNIEkradnij

Prawa autorskie


Jeszcze jakiś czas temu sprawa praw autorskich była klarowniejsza, łatwiejsza do "ogarnięcia". Książki, dzieła sztuki - raczej każdy miał świadomość, że ktoś je stworzył a ich kopiowanie jest nielegalne.


Ale co to są w ogóle prawa autorskie? To prawo twórcy do podpisywania się pod tym, co stworzył. Nie ważne, czy jest to tekst, muzyka, grafika. Często jest to równoznaczne z możliwością zarabiania na tym utworze – choć tutaj sprawa się trochę komplikuje: ponieważ prawa autorskie dzielą się na prawa osobiste (czyli właśnie prawo do chwalenia się autorstwem) i one są niezbywalne. Jest jednak jeszcze prawo autorskie majątkowe - czyli właśnie możliwość zarabiania na tym, co się stworzyło. Te prawa można komuś odstąpić lub odsprzedać.
Sama pisząc czasem teksty na zlecenie – na przykład na strony firmowe czy do sklepów internetowych – sprzedaję nie tylko mały plik w Wordzie, ale przede wszystkim właśnie prawa majątkowe. Dzięki temu kupujący może wykorzystywać treść do własnych celów i na nim zarabiać: prostym przykładem są opisy produktów do sklepów. Ładny, ciekawy tekst zazwyczaj generuje większą sprzedaż niż dwa zdania suchego opisu parametrów technicznych produktu. Dzięki temu, że zamawiający otrzymuje ode mnie prawa majątkowe – nie musi się ze mną dzielić dochodami, które osiąga w ten sposób.


W dobie mediów społecznościowych informacje rozchodzą się bardzo szybko. Treść czy grafika, które nas zaciekawiły, rozśmieszyły – stają się takim ciepłym, pysznym chlebkiem, którym chcemy pokazać naszym bliskim, znajomym: bo jest przecież taki smaczny 😉W końcu wystarczy tylko kliknąć przycisk „udostępnij” aby podzielić się nim z innymi! Udostępniając taki materiał za pomocą funkcji wbudowanej w blogi czy Facebooka: automatycznie podajesz link do źródłowego tekstu, zdjęcia lub innego utworu, dzięki czemu ich autor jest łatwy do zidentyfikowania.

Różnica między udostępnianiem a kradzieżą:


Ale co stanie się jeśli zamiast „udostępnij” zaznaczysz treść i klikniesz „kopiuj”? Albo zapiszesz grafikę na swoim komputerze – i dopiero później po prostu wkleisz taki wpis lub zdjęcie na swojego FB lub IG tworząc nowy wpis? Wydawałoby się, że nie jest to wielka różnica. A jednak, robiąc tak POPEŁNIASZ PRZESTĘPSTWO! Nie podając autora de facto przywłaszczasz jego utwór, a więc dopuszczasz się, potocznie mówiąc, kradzieży intelektualnej.

Kto rozpowszechnia utwór bez podania nazwiska lub pseudonimu twórcy podlega odpowiedzialności karnej. (art.115 pr.autorskie i prawa pokrewne) 

Zasłanianie się nieznajomością prawa nie jest w tym przypadku żadną wymówką. Kradzież jest kradzieżą. Pomyśl jedynie o sytuacji odwrotnej. Co by się stało jeśli ktoś skopiowałby Twoje zdjęcie z FB i zgłosił się z nim np. do konkursu na Instagramie? A jeśli by wygrał? Czy jego tłumaczenie „nie wiedziałem, że tak nie można” by Ci wystarczyło? Czy nie chciałbyś przekazania nagrody Tobie?

To jest właśnie prawo każdego twórcy - również Twoje! Niezależnie czy chodzi o jubilera, który stworzył unikatową bransoletkę, fotografa, który zrobił zdjęcie, czy blogera, który napisał zabawny tekst. My wszyscy jesteśmy autorami, którzy często zarabiają za pomocą swoich dzieł. Dlaczego nie do pomyślenia byłoby po prostu wziąć bransoletkę z lady i wyjść z nią ze sklepu, a czymś społecznie akceptowalnym jest skopiowanie zdjęcia lub tekstu? Oba te czyny są przestępstwem, i oba są zagrożone karą więzienia.

„Kto przywłaszcza sobie autorstwo albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części cudzego utworu albo artystycznego wykonania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3.”

Oprócz odpowiedzialności karnej, autor może również żądać zadośćuczynienia na drodze cywilnej. W najłagodniejszym wypadku wezwie do zamieszczenia jego imienia i nazwiska oraz podania źródła. Należy mu się także zamieszczenie sprostowania na Twoim kanale społecznościowym. Jednak w przypadku, gdy skorzystałeś z jego dzieła (np. wygrałeś konkurs) lub autor poniósł stratę (jego tekst rozszedł się wiralowo, a żadne z wyświetleń nie wygenerowało ruchu na jego stronie, co przekłada się na jego zarobki), wówczas może pozwać Cię i zażądać odszkodowania finansowego.


PAMIĘTAJ: Chcesz użyć cudzego zdjęcia, grafiki czy tekstu w internecie? Koniecznie użyj opcji udostępniania. Jeśli jej nie ma, i nie ma też wyraźnej i jednoznacznej prośby o rozpowszechnianie (która nie zwalnia z podawania źródła) – zapytaj o zgodę w formie pisemnej: chociażby przez Messenger czy maila. Jeżeli utwór jest anonimowy poinformuj o tym swoich czytelników (a jeśli autor zgłosi się do Ciebie, umieść jego dane pod użytym utworem i napisz krótkie sprostowanie).

Przy okazji chciałabym rozwiać mylne wyobrażenie sporej grupy osób, które w ten sposób tłumaczą "pożyczanie" postów od innych – że wrzucając coś na Facebooka zarazem zrzekamy się praw do tego. NIE, tak nie jest. Facebook sam walczy z łamaniem praw autorskich, a wrzucając coś na swoją tablicę: udzielamy Facebookowi (i tylko jemu, a nie wszystkim jego użytkownikom) czasowej licencji na korzystanie z naszego dzieła. Czasowej – bo trwa ona dopóki nie usuniecie zdjęcia ze swojego profilu. A licencja (choć w bardzo rzadkich przypadkach może być wykorzystana znacznie szerzej) – jest potrzebna do jednego, głównego celu. Po prostu po to, by Facebook mógł pokazywać Wasz post komukolwiek poza Wami. Bez tej licencji Facebook po prostu nie mógłby działać.

Jest to dokładnie wyjaśnione w Regulaminie Facebooka:
https://www.facebook.com/legal/terms – punkt 2.1 oraz 5.1


Na koniec mała ściąga.

Jak sprawdzić gdzie po raz pierwszy zostały opublikowane tekst lub grafika?

Pierwsze miejsce publikacji jest zazwyczaj (choć nie zawsze, co też należy brać pod uwagę) – stroną www, fanpage czy też prywatnym profilem autora. W zlokalizowaniu twórcy pomoże nam – w dosłownie minutę – niezawodny "wujek Google" lub też wyszukiwarka na Facebooku, która z miesiąca na miesiąc jest coraz lepsza i zostaje wzbogacana o dodatkowe opcje.

Jeżeli szukamy autora jakiejś treści: możemy to zrobić zarówno na Fb jak i w Google. Po prostu w wyszukiwarkę wpisujemy fragment tekstu, najlepiej jedno z bardziej charakterystycznych zdań. Używając do tego celu Google warto dodać cudzysłów. Kiedy wyświetlą się nam wyniki możemy je posortować według daty publikacji – na fejsie te opcje znajdują się w kolumnie po lewej stronie wyników, w Googlu: Narzędzia –> środkowa opcja która ukaże się poniżej menu głównego. 

Grafikę w Google wyszukujemy analogicznie, naprawdę nie jest to nic trudnego, a może oszczędzić Wam problemów.


NIE KOPIUJ -> UDOSTĘPNIAJ











------------------
Tekst powstał we współpracy z PARAGRAFKI - dzięki Aga!

9/23/2017

Lifestyle: Gdy wpadniesz w błędne koło...

Cześć!

Internet. Według danych GUS-u z końcówki ubiegłego roku wynika, że dostęp do niego jest w ponad 80% gospodarstw domowych.  Tyle zmienił w naszym życiu – wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Dostęp do sklepów, informacji – i pieniędzy.


Każdemu z nas może przytrafić się sytuacja, kiedy nagle okazuje się, że potrzebujemy pewnej kwoty pieniędzy. Najtańszą opcją jest oczywiście wtedy znany i sprawdzony bank. Jednak są osoby, którym żaden bank nie udzieli już pożyczki. Bo mają już jakąś, której spłata pożera sporą część dochodów, bo z jakiegoś powodu trafiły do BIK – czyli na swego rodzaju "czarną listę" osób, które były lub są niewypłacalne, lub istnieje bardzo duże ryzyko, że takimi się staną. 

Z "pomocą" chętnie przychodzą wtedy różnego rodzaju firmy udzielające pożyczek. Czemu pojawił się cudzysłów? Bo oferty firm, które nie są bankami często wprowadzają w błąd, przedstawiają cudowne oferty, a rzeczywistość okazuje się później zdecydowanie mniej różowa.


Są osoby, które po prostu przyzwyczaiły się do lekkomyślnego stylu życia i wygody korzystania z karty i szybkich pożyczek, dostępnych na wyciągnięcie ręki, na dosłownie dwa kliki na komputerze. Nie chcą myśleć o tym, że mogą nagle zostać bez pracy, potrzebować drogiego leczenia. Bo nie trzeba czekać do dziesiątego, bo nowy laptop czy modny telefon zawsze się przyda.

Oczywiście, są sytuacje, kiedy zadłużyć się musimy. Bo zepsuł się sprzęt, którym zarabiamy na życie, więc jego brak = brak szansy na dochód. Niespodziewana choroba, która nie poczeka, aż zwolnią się jakieś terminy w państwowych placówkach. Naprawdę, życie bywa nieprzewidywalne.

Zarówno w jednej jak i drugiej sytuacji może zdarzyć się, że nagle okazuje się, że zadłużenie przerosło nasze możliwości, tracimy płynność finansową, a dług rośnie w zastraszającym tempie. Odnośnie pierwszej sytuacji – jakoś nieszczególnie żal mi takich ludzi; w drugim przypadku, kiedy zadłużenie jest w dużej mierze niezawinione, i było ostatnią deską ratunku: wiecie, każdy z nas może się znaleźć kiedyś w takiej sytuacji. Ustawodawca podobnie podzielił dłużników, i tej drugiej grupie umożliwił jakiś czas temu skorzystanie z opcji, jaką jest upadłość konsumencka



Dawniej upadłość mogły ogłosić tylko firmy, zmieniło się to dopiero w 2009 roku. Jak to wygląda w praktyce? W przypadku upadłości konsumenckiej tylko sam dłużnik może zgłosić się do sądu z wnioskiem, jego wierzyciele nie mogą go do tego zmusić. Ale w sytuacji podbramkowej często jest to naprawdę sensowne rozwiązanie. Sąd, jeśli uzna, że problemy finansowe faktycznie były w dużej mierze niezawinione, to ogłasza upadłość i dzieli obecny majątek dłużnika pomiędzy wierzycieli – zapewniając jednak środki do godnego życia, kontynuowania pracy, opłacenia mieszkania na dłuższy okres. Jeśli dług nadal nie zostaje pokryty, sąd zazwyczaj ustala plan spłaty zadłużenia, jednak niezależny jest on od kwoty długu, ale od realnych możliwości osoby ogłaszającej upadłość. Taka spłata nie trwa jednak w nieskończoność, ale maksymalnie kilka lat. Po tym okresie, nawet jeśli wierzyciele nie odzyskali swoich pieniędzy w całości, to reszta długu jest umarzana, a konsument może zacząć żyć z czystym kontem. 

Mimo, że omawiana ustawa weszła w życie już ponad 8 lat temu, to świadomość o jej zaletach nie jest wciąż zbyt duża. A szkoda, bo sporo jest osób, którym takie rozwiązanie mogłoby pomóc – a zamiast z niego skorzystać pogrążają się co raz bardziej w niekończącej się spirali zadłużenia. 

Mam oczywiście nadzieję, że ani mi, ani Wam nigdy się nie przyda ta wiedza, jednak warto edukować ludzi i przedstawiać im możliwości wyjścia z problemów. 










9/20/2017

Dom: Wspomnienie lata z Yankee Candle - wosk Pineapple Cilantro

Cześć!

Za oknem już jesień 

– chociaż słońce ładnie świeci, to temperatura za oknem nie zachwyca, a na dobicie: wieje dość mocny i zimny wiatr 😞 Przez najbliższe pół roku (a nawet ciut dłużej) – będę kląć na czym świat stoi i wynurzać się z domu tylko w stanie najwyższej konieczności. Gdzie te moje 5 baniek (albo chociaż ze 2) w Lotto, no gdzie? 😉 Bo plan już opracowany: przeprowadzić się bliżej równika, do jakiegoś ciekawego kraju, gdzie koszty utrzymania są (dla nas) śmiesznie niskie, i po podpięciu się do neta pracować jak do tej pory, zarabiając nadal w PLN czy EUR 😂

Ale ja dziś nie o tym 😁 Robię co mogę, by lato zatrzymać na dłużej, więc do gry wchodzą woski o świeżych, typowo wakacyjnych zapachach!


Kolejny zapach od Yankee Candle:

Niewielka porcyjkę tego zapachu sprawdzałam już jakiś czas temu, teraz palę go drugi dzień z rzędu. Mowa o tytułowym Pineapple Cilantro od Yankee Candle, który możecie znaleźć między innymi na Goodies.pl, a dokładnie -> TUTAJ <- Tarteletki już jakiś czas temu trochę podrożały, ale według mnie – nadal warto je kupić, bo w parze z ceną idzie naprawdę świetna jakość i wydajność. Większość wosków spokojnie można podzielić na 2 – 4 części, dodatkowo drugie palenie tego samego wosku nadal daje, oczywiście mniej intensywny, ale wyczuwalny aromat.


(1)

Jak pachnie Pineapple Cilantro?


Ananasowy, mocno zamrożony i w pełni naturalny sorbet zaserwowany z listkiem aromatycznej kolendry – to przepis na letni koktajl idealny. To także receptura sprawdzająca się podczas domowych sesji aromaterapeutycznych! Wosk Pineapple Cilantro tworzy niekonwencjonalny miszmasz i swoim zapachem – wyczuwalnym w chwilę po podgrzaniu – kreuje atmosferę cudownych wakacji przeżywanych na tropikalnej wyspie. Gorące słońce, czysta plaża, lazurowa woda, świeża, pachnąca solą bryza i... zimny, ananasowy sorbet z dodatkiem kolendry! Marzenia o raju zamieniają się w prawdę, a rzeczywistość zaczyna pachnieć egzotyką!


Cóż... mój nos jakoś tego ananasa wyłapuje mniej, niż by wypadało 😉 Owszem, gdzieś tam się przemykają jego nuty, ale nie dominują w aromacie. W moim odczuciu zapach wosku to idealnie wyważona mieszanka wszystkich składników, żaden z nich nie wybija się na pierwszy plan. Wosk oceniam bardzo na plus – świeża woń niesamowicie przypadła mi do gustu. Trwałość i wydajność: jak zazwyczaj w woskach YC jest bardzo dobra. Aromat długo unosi się w pomieszczeniu, na jedno palenie w zupełności wystarcza 1/3 krążka. Kolejny zapach, który trafia na listę moich ulubieńców!








----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Źródła:
(1) http://www.goodies.pl/woski-zapachowe/108-kolendra-i-ananas-pineapple-cilantro.html

9/18/2017

Paznokcie: #31dc2017 - podsumowanie tygodnia drugiego

Hey!
Trochę spóźniona ale jestem w końcu z podsumowaniem! W kolejne dwa "tygodnie"  pokażę więcej, niż przewidywane 7 zdobień, żeby wszystko zmieścić w 4 wpisach, i nie robić osobnego na tylko 3 zdobienia.
Nie przedłużając – zapraszam do oglądania i mini-instrukcji wykonania zdobień 8 – 14.

A little late but I'm finally back! In the next two "weeks" I will show more than expected 7 decorations to fit everything in 4 entries, and not to separate for only 3 decorations.
Do not prolong - I invite you to watch and mini-instructions on how to decorate 8 - 14.


Tak, jak ostatnim razem: na początek grupowa fotka wszystkich zdobień z tego tygodnia. Znowu postawiłam na wzorniki, bo jestem w trakcie testów hybrydy. Ale na kolejny tydzień mam już gotowe jedno zdobienie na pazurkach, bo wczoraj zmieniałam manicure 😁

Like last time: a group photo of all the decorations this week. I again put on swatch sticks because I'm in the process of testing hybrids. But for next week I have finished one decorating on my nails, because yesterday I changed the manicure 😁


A teraz kolejne dwie fotki z wzorami na poszczególne dni:
And now two more photos with designs for each day:



Dzień ósmy to paznokcie metaliczne. Użyłam tu złotego metalicznego lakieru, a na niego dołożyłam warstwę srebrnego lustra. Na zwykłym lakierze efekt jest mniej intensywny niż na hybrydzie, ale na żywo daje radę 😉 Po wymieszaniu typowego złota ze srebrem wyszedł ciekawy kolorek. Za pomocą pasków do chevrona dodałam bordowy paseczek, też typowo metalicznym lakierem.

Day eight is metallic nails. I used a gold metallic nail polish here, and on it I added a layer of silver mirror powder. With traditional nail polish, the effect is less intense than with the hybrids, but it's quite alright if seen live 😉 After mixing the typical gold with silver came out an interesting color. I used chevron stickers to add a burgundy strip - also a typical metallic nail polish.


Kolejny, dziewiąty dzień to tęcza. Tu poszłam na łatwiznę i użyłam naklejek wodnych na białej bazie. Swoją drogą: uwielbiam ten wzorek i poluję na Alie na takie naklejki 😁

Another, 9th day is a rainbow. I did something easy here and used watermarks on a white base. By the way: I love this pattern and I hunt for Alie on such stickers.


Dzień dziesiąty to gradient. Ech, ile ja się męczyłam. Ale w końcu udało mi się zrobić idealnie, tak, jak chciałam. Różowy i miętowy kolor, do tego jednorożcowy kamyczek i gotowe 😊

Day ten is a gradient. Oh, so long I fought him. But in the end I managed to do perfectly, as I wanted. Pink and mint color, one unicorn rhinestone and ready!


Jedenasty dzień to kropeczki. Kolorki wybrałam zupełnie przypadkowo i wyszła mi biedronka :) Baza to hybryda, kropki zrobione sondami w kilku rozmiarach i pasek namalowany farbkami akrylowymi.

Eleventh day is dots. The color I chose quite accidentally and looks like a ladybird.Base is a hybrid, dots made with dotting tools in several sizes and the strip is painted with acrylic paints.

Kolejne dni (12, 13 i 14) to po prostu naklejki wodne, więc nie ma się co nad nimi rozpisywać 😋
The next days (12th, 13th and 14th) are just water decals, so there's nothing to write about.


Które ze zdobień podoba się Wam najbardziej? Moi faworyci to metalic i gradient 💖
Which decorations do you like the most? My favorites are metallic and gradient 💖



9/13/2017

Dom: dla ozdoby, na pamiątkę - fotoobrazy Saal Digital

Cześć!

W dzisiejszym świecie cyfrowe przechowywanie danych wiedzie prym. Niewiele jest osób, które wywołują zdjęcia – na szczęście moda na fizycznie dostępne fotki gdzieś pomału zaczyna powracać. Fotoksiążki znów wkradają się w nasze łaski, często też decydujemy się na tradycyjny wydruk naszych ulubionych zdjęć.


Dziś chcę Wam pokazać fotoobraz, który trafił do mnie dzięki fajnej akcji na Fejsie. Zupełnie przypadkiem trafiłam na reklamę firmy specjalizującej się w różnego rodzaju wydrukach. W promowanym poście była umieszczona króciutka ankieta wraz z jednym pytaniem, na które należało odpowiedzieć. Te 3 zdania, które tam wpisałam spodobały się komuś na tyle, że otrzymałam kupon do wykorzystania w ich sklepie. Ograniczeniem była (wcale nie mała) kwota oraz konkretny dział – fotoobrazy. W tej kategorii jest jednak aż 6 różnych pod względem techniki wykonania i wyglądu propozycji, do tego dochodzą duże możliwości personalizacji produktu.


Jak może kojarzycie - parę lat temu, przed Kalą, miałam innego kota, Bandziora. Niestety straciłam go – w dużej mierze z własnej winy, czego nadal sobie nie mogę wybaczyć 😓 Został mi po nim jedynie folder ze zdjęciami (i kilka drobiazgów, które przejęła Kala). Korzystając z możliwości wydruku - od razu wiedziałam, że właśnie jego zdjęcie zawiśnie na mojej ścianie.

Zarówno kreator na stronie Saal-Digital, jak i dedykowana aplikacja są bardzo czytelne i banalnie proste w obsłudze. Bez problemu zaplanowałam wygląd fotoobrazu. Miałam o tyle utrudnione zadanie, że zarówno kształt wybranego zdjęcia, jak i jego jakość nie pozwalały na całkowite wypełnienie dostępnej powierzchni. Jednak można bez problemu dobrać tło, które wpasuje się w wasze wnętrze – a z większej odległości wygląda jak ładne passe-partout. Z racji tego, że większość mebli w pokoju mam czarnych - taki też kolor "ramki" wybrałam.


Już 2 dni po złożeniu zamówienia otrzymałam informację, że kurier jest w drodze. Zdziwiło mnie trochę, że fotoobraz wędruje do mnie aż z Niemiec, bo jakoś nie doczytałam tej informacji na stronie. Mój wybór padł na opcję Dibond:

Dibond to multitalent: stabilny, sztywny, odporny na warunki pogodowe z niewiarygodną ostrością

Dzięki drukowi UV najnowszej generacji z 6-kolorami, (pierwotnie tylko 4) i 6-krotnemu utwardzaniu UV osiągamy imponującą intensywność barw przy najwyższej rozdzielczości (obraz nie jest rozpikselowany) i maksymalnej ostrości. Nawet duże powierzchnie o jednakowych kolorach prezentują się w niesamowicie nasyconych barwach, oddając przy tym detale w najwyższej rozdzielczości.
Płyta aluminiowa o grubości 3 mm (powierzchnia matowa)
Wielkość dopasowana na życzenie co do centymetra
6-cio kolorowy druk bezpośredni UV (CMYK uzupełnione o light magenta i light cyan)
Płyta ekstremalnie stabilna, sztywna i odporna na warunki pogodowe
W zależności od formatu, dibond jest możliwy z mocowaniem aluminiowym, standardowym bądź na śruby
Pierwsze wrażenie? Wow! Płyta z nadrukiem jest – ciężko to opisać - zarazem lekka i poręczna, ale równocześnie masywna i wyglądająca bardzo solidnie. Mój projekt ma wymiary 40 na 40 cm, w zestawie dołączony jest aluminiowy zaczep do powieszenia oraz silikonowe dystansery – takie małe, okrągłe naklejki, które mocujemy na dole tylnej powierzchni, by zarówno zabezpieczyć ścianę, jak i też sprawić, żeby obraz wisiał idealnie w pionie.



Tak, jak wspomniałam już wyżej – jakość fotoobrazu jest naprawdę bez zarzutu. Mimo, że oryginalne zdjęcie jest przeciętnej jakości, to nadruk nie wykazuje żadnych objawów pixelozy 😉 Powierzchnia jest półmatowa – jedyny jej minus, to odbijające się na niej paluchy, no ale przecież po powieszeniu obrazka raczej nie macamy go co chwilę 😁, więc spokojnie można przymknąć na to oko. Bezproblemowo możemy przecierać go wilgotną ściereczką, by pozbyć się kurzu, jak na razie nie zauważyłam, żeby w jakikolwiek sposób wpłynęło to na wydruk. 

Cena tego typu obrazu może nie należy do najniższych, ale jak na razie jestem bardzo zadowolona, i zaczynam zastanawiać się nad kolejnym zamówieniem. Zwłaszcza, że jeszcze przez jakiś czas trwają dwie promocje: na fotoobrazy oraz na fotoksiążki <- pod tymi linkami znajdziecie szczegóły oferty!





9/08/2017

Paznokcie: wyzwanie #31dc2017 - podsumowanie pierwszego tygodnia

Cześć!

Od kilku lat, każdego września, w paznokciowej blogosferze (ale nie tylko) ma miejsce pospolite ruszenie. Wraz z pierwszym powakacyjnym dzwonkiem w szkole startuje wyzwanie. 31 dni = 31 różnych zdobień paznokci. Po raz pierwszy odkąd bloguję postanowiłam dołączyć do tej międzynarodowej akcji 😄

For a few years, every September, in the nails blogosphere (but not only) there is a common move. With the first ringing bell at school, the challenge starts. 31 days = 31 different nail decorations. For the first time since blogging I have decided to join this international action 😄


Przyznaję, że po części zmotywował mnie tegoroczny pomysł dziewczyn, żeby zdobienia robić również na wzornikach. Hybrydy czy żele cieszą się coraz większą popularnością, i raczej nikt nie będzie robił ich codziennie, czy nawet rezygnował z nich na miesiąc, by brać udział w wyzwaniu, więc wydaje mi się, że takie rozwiązanie prędzej czy później by się pojawiło. Zresztą sama obecnie testuję hybrydki, więc chętnie podłapałam ten patent 😁
Poniżej rozpiska całego miesiąca – jak widzicie tematy stopniowo stają się trudniejsze – od bardzo ogólnych, sugerujących tylko kolor i dających bardzo duże pole do manewru, aż po konkretne, bardziej wymagające wzory czy techniki.

I admit that I was motivated by this year's idea of girls to decorate on the swatch stics. Hybrids or gels are becoming more popular, and hardly anyone will do them every day, or even give up one month to participate in the challenge, so it seems to me that such a solution sooner or later would have emerged. Anyway, I'm currently testing hybrids myself, so I readily enjoyed this patent 😁
Below the scheme of the whole month - as you see the topics gradually become more difficult. From the very general, suggesting only color and giving a very large field of maneuver, to the more specific, more demanding designs or techniques.


Poniżej zobaczycie zbiorową fotkę, na której pojawia się pierwsze siedem zdobień przygotowanych przeze mnie na wyzwanie. Pod kolejnymi opiszę w dosłownie dwóch zdaniach proces powstawania i technikę wykonania.

Below you can see a snapshot collective, which appears in the first seven decorations prepared by me for the challenge. Under the next one I will describe in literally two sentences how did they arise and the technique of execution.



Numer jeden – tu poszłam na łatwiznę, bo skorzystałam z gotowego podkładu na wzorniku. Wzorek namalowany czarna farbką akrylową – bardzo lubię tę formę ozdabiania, bo można próbować kilka razy i zmieniać koncepcję w trakcie pracy 😋

Number one - I went to the easel here, because I used the finished backing. Pattern painted black, acrylic paint - I really like this form of decoration, because you can try several times and change the concept in the workplace 😋

Pomarańczowa dwójka  to połączenie nudziakowej hybrydy, cyrkonii oraz... markerów! Na tym ujęciu tego nie widać, ale pomarańczowe cyrkonie w 3 rozmiarach ułożone są w kilku rzędach, rozchodzą się promieniście od jednego rogu. Przeciwległy rożek to trójkąt namalowany zwykłymi markerami, całość zabezpieczona topem.

Dzień trzeci to kolor żółty – strukturalny wzór można spokojnie odtworzyć za pomocą gęstszego żelu, ja tutaj (z braku żeli) znów postawiłam na farbki akrylowe. Nie sprawdzą się one w tym przypadku na paznokciach, bo schną stosunkowo długo. Ja skorzystałam z opcji wzornika i gotową żółtą bazę dałam do wyschnięcia na słońce, dopiero później dokończyłam czarny akcent.

Czwartego dnia kolorem przewodnim była zieleń. Baza to OPI, o którym pisałam -> TUTAJ <- Nie sprawdził się u mnie w noszeniu, ale jakoś wykorzystać go można 😁 Serduszka to patent podpatrzony na Insta: całopaznokciowe naklejki wodne, po zdjęciu z nich folii, potraktowałam ozdobnym dziurkaczem. Jako, że kolor jednego z serduszek zlewał się z bazą, to znów dodałam akcent akrylowymi farbkami.

The second, orange is a combination of nude hybrids, rhinestones and ... markers! On this shot you can't see it, but the orange rhinestones in three sizes are arranged in several rows, spreading radially from one corner. The opposite horn is a triangle painted with regular markers, the whole is protected with a top.

Day three is yellow - the structural pattern can easily be recreated with a denser gel, I here (without the gels) again put on acrylic paints. They will not work in this case on the nails because they will dry relatively long. I took advantage of the swatch stick and finished the yellow base I gave to dry the sun, only later I finished the black accent.

On the fourth day, the main color was green. The base is the OPI I wrote about -> HERE <- He did not use to wear me, but somehow can use it 😁 Hearts is a patent from Instagram: water decals, after removing the foil from them, I treated a decorative punch. As the color of one of the hearts merged with the base, I added accent with acrylic paint again.


Kolejny, piąty dzień to niebieskości. Niby nie przepadam za tym kolorem, ale coś w swojej kolekcji znalazłam 😉 Na mokry, popielaty lakier dałam kilka kropli w dwóch odcieniach niebieskiego i zamieszałam cieniutką igiełką. Jeden z banalniejszych wzorów do wykonania, a wygląda fajnie!

Szóstego dnia na tapecie pojawił sie mój ukochany fiolet! Ale fiolet, jak to fiolet: nie lubi zdjęć 😉 Na żywo wygląda bardziej fioletowo, zdjęcia robią z niego coś zbliżonego do niebieskości. Tutaj posłużyłam się gotowym, pasiastym szablonem, ale lakier, którym gąbeczkowałam, okazał się mało kryjący. Postanowiłam więc postawić na kontrast i część prawie, że gradientowych paseczków wzmocniłam normalną warstwą lakieru i zmieniłam w coś w stylu nietypowego frencha.

Dzień siódmy to klasyczne połączenie bieli i czerni. Niewielka naklejka wodna (ehh, ile ja się namęczyłam, żeby trafić z nią dokładnie tam, gdzie chciałam) i znów farbki w akcji. Takie zestawienie kolorów sprawdzi się zawsze, więc warto pooglądać na Instagramie prace dziewczyn i się zainspirować!

Another fifth day is blue. I do not like that color, but I found something in my collection 😉On wet, gray nail polish I gave a few drops in two shades of blue and stirred a thin needle. One of the easiest designs to make, and it looks cool!

On the sixth day my beloved violet appeared! But violet, like violet: does not like photos 😉
Live looks more violet, photos are made of something similar to blue. Here I used the striped template, but the nail polish I was sponging was little covered. So I decided to put on the contrast and part of almost that gradient stripes I reinforced the normal layer of paint and changed into something unusual french style.

Day seven is a classic combination of white and black. A little water decal (ehh, how much I tasted to hit her exactly where I wanted it) and again the acrylic paint in action. Such a combination of colors will always check, so it is worth to look at Instagram works of girls and get inspired!



Kolejny, drugi tydzień już trwa, więc w następny piątek spodziewajcie się jego podsumowania!

The second week is already over, so next Friday you should expect a summary!