12/30/2016

Podsumowanie współpracy z SheIn + najnowszy nabytek

Cześć!


Mowa dziś będzie o znanym większości Was sklepie SheIn. Jako, że rok się kończy, to postanowiłam podsumować długą (bo od połowy 2015 roku) współpracę z marką. Oferuje ona głównie ubrania, ale nie tylko. Na rynku jest już od kilku dobrych lat (działa od 2008 roku - do 2015 roku jako SheInsider), wiec fakt, że utrzymała się tak długo na dość "ciasnym" rynku może świadczyć tylko na jego korzyść. 


Przez czas odkąd zaczęłam współpracę ze sklepem zamówiłam jakieś 13 sztuk dość różnorodnych ubrań. Były zarówno spodnie czy sukienki, ale że mam dość problematyczną budowę ciała - typowy trójkąt ze stosunkowo szczupłą "górą" i dość rozbudowanym dołem, to stawiałam raczej na bluzki, sweterki i tym podobne. 




W jakichś 95% jestem zadowolona z jakości rzeczy, które zamówiłam. Było oczywiście kilka wpadek, głównie związanych z pośpiechem w zamawianiu i nie wczytaniem się w dokładne wymiary ciuszków czy skład tkaniny. Zawiodłam się też kilka razy na grubości materiału - wiadomo, zdjęcia są zwodnicze i nie mogą tego oddać. Ale całość zamówień oceniam bardzo na plus, i jeśli będzie okazja, to jeszcze nie raz coś ze sklepu wybiorę.


Jednak ostatnia przesyłka, którą otrzymałam przed Świętami okazała się prawdziwym zawodem. "Sweterek" na zdjęciach wygląda tak:




Owszem, na fotce widać, że materiał nie otula ciała tylko delikatnie odstaje, ale to, co zobaczyłam (i poczułam) po otworzeniu paczki zawiodło mnie na całej linii. O ile te białe wstawki są bardzo fajne, typowo koszulowe, to ta brązowa tkanina jest jakąś porażką. Nie wiem, co miała w głowie osoba, która dobierała materiały do tego modelu. O ile sama idea łączenia różnych faktur bardzo mi się podoba (przykład na kolażu powyżej - mój ukochany sweterek z koronką💖) to w tym wypadku ewidentnie coś poszło nie tak. 


Brązowy materiał mogę wam porównać do tapicerki samochodowej (i to takiej gorszego gatunku) lub cienkiego dywanu. Jest twardy, sztywny i nieprzyjemny w dotyku. Jak szybko ubrałam to coś na siebie - tak jeszcze szybciej się tego pozbyłam, bo jest po prostu niewygodne w noszeniu, drapie i uwiera. 
Pierwsze prawdziwe rozczarowanie. 



Ale tak jak wspomniałam - pozostałe rzeczy, które zamówiłam jakościowo zawsze były bardzo ok, pod tym względem nie mogę powiedzieć o nich złego słowa. Sam sklep SheIn - jako całość - oceniam bardzo pozytywnie i po jednej wpadce (a te zdarzają się nawet najlepszym) zdania nie zmienię.


Zdarzyło się kupić Wam przez internet jakiś bubel nad bublami (nie mam tu na myśli tylko ubrań)? Jeśli tak, to co to było?



Buziaki!

Odżywka do włosów z olejem kokosowym, kolagenem i keratyną GlySkin Care

Witajcie dziewczyny!


Już dłuższą chwilę temu pisałam Wam o uwodzicielskim zapachu szamponu GlySkin Care. Dziś przyszła w końcu pora, by opisać Wam jego siostrę - Odżywkę do włosów.

Oba produkty dotarły do mnie w paczce od Pana Piotra, z którym bardzo miło mi się pisze - pozdrawiam!






Opis produktu:Wzbogacona o naturalny olej kokosowy, kolagen, keratynę, białko pszeniczne, witaminę E, aloes, pantenol odżywka intensywnie nawilża i regeneruje włosy, pozostawiając je miękkie, lśniące i jedwabiście gładkie. Wzmacniając włosy odżywka zapobiega ich rozdwajaniu.
Sposób użycia:Rozprowadź dokładnie odżywkę na umyte, wilgotne włosy. Odczekaj 3 minuty, a następnie spłucz letnią wodą. W celu uzyskania lepszego efektu nawilżenia, przed nałożeniem odżywki zastosuj Szampon z olejem kokosowym, kolagenem i keratyną.
Składniki: Aqua, Cetyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Cera Alba, Isopropyl Alcohol, Cetearyl Alcohol, Cocos Nucifera Oil, Dimethicone, Stearalkonium Chloride, PEG-20 Stearate, Panthenol, Glycerin, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Hydrolyzed Keratin, Tocopheryl Acetate, Disodium EDTA, Collagen Amino Acids, Citric Acid, Imidazolidinyl Urea, Methylparaben, Propylparaben, Hydrolyzed Wheat Protein, Hydrolyzed Wheat Gluten, Parfum, Coumarin.
Pojemność: 250 ml



Opakowanie widzicie na zdjęciu więc chyba nie ma potrzeby jego szczegółowego opisu - napomknę tylko, że odżywka ma identyczny "korek" jak szampon - uchylną pokrywkę z niewielkim otworkiem. 


Zapach, zapach, ehhh - zamykam oczy i widzę się na plaży, w cieniu palm, popijającą drinka na leżaku 😍 Mocny, intensywny, wyrazisty zapach kokosa - i wcale nie ma w nim chemicznej nutki, która psułaby wrażenie. Odżywka jest oczywiście gęstsza niż szampon, ale mimo wszystko ma dość luźną konsystencję. Rozprowadza się doskonale, zwłaszcza gdy wcześniej używam opisywanego szamponu, który odczuwalnie wygładza włosy.

Po jej użyciu - zwłaszcza we wspomnianym duecie - włosy minimalnie szybciej się przetłuszczają. Ale efekt, jaki odżywka daje jest wart trochę częstszego mycia: włosy są idealnie gładkie, lejące i mięciuteńkie w dotyku. Mogłabym je miziać bez końca 💖 O zapachu mówiłam już przy szamponie - odżywka tylko go potęguje. Do kolejnego mycia włosy wyraziście pachną kokosem. 

Kupicie ją TUTAJ - nie jest droga, a naprawdę robi szał z niskoporami, więc polecam!





Buziaki :*

12/25/2016

ODŻYWCZY KREM POD OCZY Z LUTEINĄ AKSAMITKA WYNIOSŁA - Fitomed, Fitoteka

Cześć!


Przyszedł czas, by opisać moje wrażenia po dłuższym używaniu tytułowego kremu. Przyznaję się bez bicia - nie przepadam za kremami pod oczy, zawsze gdzieś się dziabnę w oko, podrażnię spojówkę, zafunduje sobie łzawienie. Ale zbliżająca się nieuchronnie trzydziestka sprawiła, że zaczęłam przykładać większą uwagę do pielęgnacji tych okolic. 

Krem pod oczy dostałam w zestawie z Serum, które opisywałam Wam TUTAJ. I trafił do mnie równie przypadkowo - w zamówieniu wybrałam całkiem inne produkty, a trafiła do mnie paczka z poniższymi. Ale firma stanęła na wysokości zadania, i w kolejnej paczce dosłała wybrane przeze mnie produkty - o nich też napiszę niebawem.





ODŻYWCZY KREM POD OCZY Z LUTEINĄ AKSAMITKA WYNIOSŁA

Opakowanie (15 ml) opisywałam już kilkakrotnie, więc nie ma sensu powielać wciąż tych samych rzeczy, zwłaszcza, że widzicie je na zdjęciu i wiecie, że air-less'y są moim ulubionym typem pakowania kosmetyków. 


Najważniejsze składniki: macerat z aksamitki (źródło luteiny) w nierafinowanym oleju z awokado, nierafinowany olej z nasion aroniiekstrakt z borówki bogaty w antocyjany oraz witaminy A, Ecynk (Zn). Składniki kremu mają wysoką wartość odżywczą oraz są przyjazne dla oczu.
Działanie: badania aplikacyjne i aparaturowe potwierdziły, iż krem odżywia, wygładza drobne zmarszczki, nawilża, redukuje oznaki zmęczenia pod oczami, poprawia elastyczność - według 90% probantów.


Krem jest białawy, ma zwartą ale dobrze rozprowadzającą się konsystencję. Jedna pompka wystarcza spokojnie na pełną aplikację, więc mimo niewielkiej pojemności z pewnością wystarczy na dość długo. Po aplikacji wchłania się szybko, pozostawiając uczucie odświeżenia i nawilżenia. Pachnie bardzo delikatnie, ziołowo, i jest to zapach z gatunku szybko ulatniających się - więc nawet jeśli nie przepadasz za tego typu aromatami, to nie powinien Ci przeszkadzać. Krem jest też bardzo delikatny dla oczu - oczywiście zdarzyło mi się zabrudzić nim oko, ale dyskomfort z tym związany był bardzo niewielki i szybko ustąpił. 

Po dość długim już używaniu zauważyłam, że okolica oczu wygląda na bardziej wypoczętą. Mimo, że jak wiecie, muszę się zrywać bladym (jak dla mnie) świtem to po mojej twarzy tego raczej nie widać. Zmarszczki mimiczne na dolnej powiece przestały się pogłębiać, a nawet uległy delikatnemu spłyceniu. Owszem, zdarzają mi się gorsze dni gdy mam olbrzymi deficyt snu, ale generalnie widać zmianę na lepsze. 

W sumie - bardzo fajny produkt, chętnie zaopatrzę się w kolejne opakowanie 😊




Buziaki :*

12/21/2016

Maseczka nawilżająca GlySkin Care - HYDROSTEP

Witajcie!

jakiś czas temu pokazywałam Wam paczkę od Diagnosis, oczywiście dla przypomnienia poniżej zdjęcie jej zawartości:




Dziś chciałam napisać kilka słów o maseczce nawilżającej GlySkin Care. Miałam już kilka kosmetyków z tej serii i byłam zadowolona, więc chętnie sięgnęłam po kolejny. 

Opis produktuNawilżająca maseczka do twarzy poprawia napięcie skóry twarzy, pozostawiając ją gładką i miękką. Efekt nawilżenia utrzymuje się do 24 godzin. Jest dobrze tolerowana przez osoby ze skłonnością do trądziku.Rodzaj ceryWszystkie rodzaje cery. Również dla osób z cerą trądzikową.Korzyści
  • Skóra: nawilżona, zmatowiona, wygładzona
  • Efekt anti-aging

Opakowanie widzicie na zdjęciu, więc nie ma sensu się rozpisywać - dodam jedynie, że ma 50 ml pojemności oraz zwrócę uwagę na fakt, że zatrzask oraz zawias, mimo intensywnego używania mają się dobrze.





Jeśli śledzicie mnie już jakiś czas, to doskonale wiecie, że jednym z ważniejszych dla mnie kryteriów jest zapach kosmetyku. Albo musi mi przypaść do gustu (wtedy może być nawet bardzo intensywny), albo być delikatny i ulotny. Ta maseczka nie uwiodła mnie w tej kwestii. Glinkowo - chemiczny zapach nie jest zbyt przyjemny, do tego towarzyszy nam przez praktycznie cały okres aplikacji (pod koniec staje się troszkę mniej intensywny, ale nadal mocno wyczuwalny).


Konsystencja jest średnio gęsta - istotne jest, że przed użyciem trzeba dość intensywnie wstrząsnąć tubką, inaczej naszym oczom ukaże się bardzo gęsta masa otulona wodnistą warstewką. W takcie nakładania czuć, że zielonkawa pasta jest gładka i śliska, dzięki temu dobrze się rozprowadza. 


Po ok. 10 minutach od aplikacji maseczka zasycha, ale na szczęście nie ma tendencji do kruszenia jak wiele jej glinkowych koleżanek. Wiecie, czasem (tak jak dokładnie w tym momencie 😉) nałożę maskę i się przy czymś zasiedzę, więc zdarzało się, ze idąc do łazienki sypałam dookoła okruchami zaschniętej glinki. Ta, mimo, że wilgoć odparowuje, to utrzymuje zwartą konsystencję i mocno trzyma się skóry. 
Maseczka bardzo ładnie się zmywa - ja do twarzy i zmywania maseczek mam przeznaczoną myjkę do ciała, ale same dłonie i woda radzą sobie z nią równie dobrze. 

Po zmyciu maski twarz jest silnie zmatowiona, ale w żadnym wypadku ściągnięta czy wysuszona - wręcz przeciwnie. Skóra jest przyjemna w dotyku, aksamitna. Od razu po jej użyciu można nakładać makijaż - mam wrażenie, że jeśli użyję przed nim maski, to podkład jakby lepiej chwytał się skóry i dłużej na niej utrzymywał. 

Bardzo dobry produkt, jestem zadowolona, że się na nią skusiłam 😊





Buziaki 😘

12/18/2016

NAWILŻAJĄCE SERUM DO TWARZY "ARNIKA GÓRSKA" DO CERY NACZYNKOWEJ od Fitomed (Fitoteka)

Hejka :) 

Tak, w końcu się pojawiłam! Recenzje czekają, więc najwyższa pora napisać coś na temat produktów, które dotarły do mnie już jakiś czas temu. 








NAWILŻAJĄCE SERUM DO TWARZY "ARNIKA GÓRSKA" DO CERY NACZYNKOWEJ 


Skład: kompleks ziołowy w liposomach (kwiat kasztanowca, liść oczaru wirginijskiego, koszyczek arniki), woda oczarowa (Ecocert), witamina E, C, rutyna, witamina K.Działanie: łagodzi objawy naczynkowe, zmniejsza rumień i zaczerwienienie twarzy. Nawilża i wygładza naskórek, dając uczucie gładkiej, satynowej skóry. Doskonale sprawdza się pod makijaż, który staje się świeży i promienny.
Jak widzicie skład krótki i treściwy. Żadnych zbędnych ulepszaczy, barwników i tym podobnych - coraz częściej zaczynam na to zwracać uwagę, więc już na wstępie Serum ma u mnie spory plus.

W sumie, to trafiło do mnie troszkę przypadkiem. Niby nie mam typowo naczynkowej cery, ale policzki mam mocniej i płycej ukrwione, więc zdarzają mi się epizody rumienienia, w sumie nie związane z niczym konkretnym - pogodą czy stresem, więc stwierdziłam, że przetestować nie zaszkodzi.  


                                                                                        (źródło)
Buteleczka standardowa dla serii, mała (15 ml) i zgrabna - i co najważniejsze: z pompką. Wygodnie i higienicznie.  Do tego dozuje idealną porcję produktu - dwie pompki to doza w zupełności wystarczająca na pokrycie całej twarzy. 

Serum ma lekko lejącą konsystencję, jest białawe ale półprzezroczyste. Zapach jest słaby, najbardziej wyczuwalny jest oczar. Jeśli ktoś nie lubi ziołowych aromatów, to niekoniecznie przypadnie mu do gustu - ale na pocieszenie: po aplikacji zapach bardzo szybko się ulatnia, więc nie jest uciążliwy. 
Po aplikacji serum bardzo szybko się wchłania pozostawiając uczucie nawilżenia. Skóra jest miękka i przyjemna w dotyku. 

Po paru tygodniach stosowania zauważyłam, że moje problemy z czerwienieniem się delikatnie się zmniejszyły. Nie jest to może spektakularny efekt WoW, ale jak najbardziej widoczny. Przypuszczam, że po kolejnych tygodniach i buteleczkach stosowania rezultaty będą jeszcze bardziej dostrzegalne. 


Spokojnie mogę je ocenić na mocne 4, więc jest to produkt naprawdę warty zastanowienia.




Buziaki :*

11/23/2016

Aztecki sweterek - moja nowa miłość!

Hej hej :)

Dziś wpadam na szybko z postem, który miałam w planach od kilku dni. Przyszła ostatnio do mnie kolejna paczuszka z SheIn - wiecie, że mimo kilku przygód z rozmiarówką bardzo lubię ten sklep. I nie chodzi wcale o fakt, że z nimi współpracuję - serio podobają się mi ich ciuszki, w większości (no bo wyjątki zdarzają się chyba wszędzie) są naprawdę bardzo dobrej jakości, a te, które okazały się za duże/małe - oddawałam z wielkim żalem.

Dziś sweterek. 

Szczerze - wydawało mi się, że będzie grubszy. Ale nie, żebym narzekała. Mimo, że jest lekutki i zwiewny, to dzianinka, z której jest wykonany jest bardzo cieplutka, grzeje jak niejeden dużo grubszy sweter. Do tego jest taaaki przyjemny w dotyku, mogłabym się nim miziać i miziać bez końca!






Jak widzicie na pierwszym zdjęciu (więcej zdjęć i cena TUTAJ) sweterek ma asymetryczny krój, w jakim ostatnio jestem zakochana. Tył jest prosty, krótszy, a poły są wykrojone w trójkąty, które zgrabnie układają się na sylwetce w luźną falbanę. Obszycie przodu i karczku jest wykonane z podwójnie złożonego materiału, reszta sweterka to jedna warstwa tkaniny. Tak jak wspomniałam - mimo swej zwiewności jest bardzo cieplutki i przyjemny w noszeniu.
Nie bawię się w pranie ręczne - nigdy :P Na szczęście do tej pory obyło się bez szkód - i tak też było w przypadku tego sweterka. Wiadomo - zawsze ustawiam odpowiedni program, ale wiemy, że mimo takiej zapobiegliwości czasem zdarzają się różne wypadki. Mnie to do tej pory omija - i oby tak dalej! Sweterek po praniu nie stracił fasonu czy kolorów, wciąż wygląda jak wyciagnięty prosto z paczki. 








Buziaki :*

11/14/2016

Światowy Dzień Cukrzycy - Cukrzyca, badanie stężenia glukozy, glukometr Gold System

Cześć!

Weźcie ode mnie to sypkie, zimne coś zza okna ;( Mówiłam już Wam, że lubię ciepełko? Nie mogę znieść tego, że za oknem zrobiło się biało, trzeba już całą dobę palić w piecu i w ogóle strach otwierać okno czy wychodzić na zewnątrz.


Ale, ale - dziś będzie na poważnie. Ważny temat, który może dotyczyć wielu z Was (i niestety również mnie).

Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Walki z Cukrzycą





Cukrzyca – grupa chorób metabolicznych charakteryzująca się hiperglikemią (podwyższonym poziomem glukozy we krwi) wynikającą z defektu produkcji lub działania insuliny wydzielanej przez komórki beta trzustki. Przewlekła hiperglikemia wiąże się z uszkodzeniem, zaburzeniem czynności i niewydolnością różnych narządów, szczególnie oczu, nerek, nerwów, serca i naczyń krwionośnych. Ze względu na przyczynę i przebieg choroby, można wyróżnić cukrzycę typu 1, typu 2, cukrzycę ciężarnych i inne.Najczęstszą postacią cukrzycy jest cukrzyca typu 2, polegająca na zmniejszonej wrażliwości tkanek na insulinę (insulinooporność). Stan ten wymaga produkcji nadmiernej ilości insuliny, co w dalszym przebiegu choroby przekracza zdolności wydzielnicze trzustki. W cukrzycy typu 2, dochodzi do uszkodzenia komórek beta w wyspach trzustki i upośledzenia, a później zaprzestania wydzielania insuliny.Cukrzyca typu 1 polega na pierwotnym, niedostatecznym wydzielaniu insuliny, przy zachowaniu normalnej wrażliwości tkanek na ten hormon. Cukrzyca ciężarnych jest wynikiem zmian hormonalnych związanych z okresem ciąży.Typy 1 i 2 są wielogenowe, tzn. są rezultatem mutacji w wielu genach, w odróżnieniu od monogenowych, np. typu MODY.Zasadą współczesnej terapii cukrzycy jest leczenie wszystkich zaburzeń towarzyszących chorobie, a nie tylko kontrola gospodarki węglowodanowej. Dążenie do normalizacji masy ciała, zwiększenie aktywności fizycznej, właściwa dieta, leczenie częstych w cukrzycy zaburzeń lipidowych, nadciśnienia tętniczego i innych chorób układu krążenia oraz utrzymywanie glikemii w przedziale wartości możliwie najbardziej zbliżonym do niecukrzycowych (normoglikemii) zmniejsza ryzyko rozwoju powikłań choroby. (1)




Postanowiłam poruszyć ten temat, ponieważ po rodzinie od strony mamy jestem do niej predysponowana. Chorował dziadek (który zresztą zmarł na jej powikłania - ale to osobna historia, długo by opowiadać. Powiem tyle - cukrzycę trzeba kontrolować i leczyć, a nie liczyć, że przejdzie, jeśli czasem zażyje się jakąś tabletkę), chorują dwie jego siostry. 




Podstawowym objawem cukrzycy jest podwyższenie stężenia glukozy we krwi. W zależności od zaawansowania choroby może ono występować jedynie po spożyciu węglowodanów lub niezależnie od niego. Zawartość cukru we krwi (glikemię) podaje się w miligramach na 100 ml krwi (mg/dl) lub w milimolach na litr (mmol/l); związek między nimi określany jest wzorem [mmol/l] x 18 = mg/dl. I tak prawidłowa glikemia na czczo to 70–99 mg/dl (3,9-5,5 mmol/l), w 2 godzinie testu doustnego obciążenia glukozą glikemia poniżej 140 mg/dl (7,8 mmol/l). Za normoglikemię, czyli poziom cukru we krwi u zdrowego człowieka, przyjmuje się przedział 60–99 mg/dl. Niższe stężenie glukozy oznacza hipoglikemię, a wyższe oznacza:stan przedcukrzycowy (ang. prediabetes) czyli:nieprawidłowa glikemia na czczo (ang. IFG – Impaired Fasting Glucose): na czczo 100–125 mg/dl (5,6-6,9 mmol/l) lubnieprawidłowa tolerancja glukozy (ang. IGT – Impaired Glucose Tolerance): w 2 godzinie testu doustnego obciążenia glukozą glikemia 140–199 mg/dl (7,8-11 mmol/l).cukrzycę, gdy:stężenie glukozy zmierzone o dowolnej porze doby przekracza 200 mg/dl i występują objawy hiperglikemii (polidypsja, poliuria),dwukrotnie poziom glukozy na czczo przekracza 126 mg/dl (7,0 mmol/l),w 2 godzinie testu doustnego obciążenia glukozą poziom glukozy przekracza 200 mg/dl (11,1 mmol/l). (2)

Jakiś czas również u mojej mamy zauważono nieprawidłowe wyniki badania stężenia glukozy we krwi, zarówno podczas standardowego badania, jak i też podczas testu obciążenia. W związku z tym dostała aparat do mierzenia jego poziomu, tzw. glukometr. Jako, że po jakimś czasie zaczął wskazywać on dziwne wyniki pomiarów (np. w przeciągu 5 minut różnica w wyniku potrafiła wynosić 50%, mimo braku jedzenia i picia w tym czasie, odpoczynku itd.), to do naszego domu trafił kolejny model takiego urządzenia.

Jako, że regularne badanie stężenia glukozy we krwi jest bardzo ważne zarówno jak i osób predysponowanych (takich jak ja), w początkach choroby (jak moja mama) no i u osób, u których stwierdzono już konkretny typ choroby - to obie z mamą korzystamy z glukometru - ja rzadziej: raz, dwa razy w miesiącu, mama kilka razy w tygodniu. 

Obecny model (jak i paski do niego dołączone) są dużo wygodniejsze w korzystaniu od poprzedniego, więc postanowiłam napisać parę słów o tym, jak przebiega takie badanie. Na początek pokażę Wam ów model oraz cały zestaw, jaki znajdował się w pudełeczku.  



Przede wszystkim do zestawu dołączone jest wygodne, dyskretne etui, dzięki któremu osoby, które muszą badać się częściej mogą mieć aparat zawsze przy sobie. Saszetka jest wykonana z cienkiego ale mocnego materiału, zamek się nie zacina, materiał łatwy do utrzymania w czystości. 
Oprócz tego w pudełku była skrócona (obrazkowa) oraz pełna Instrukcja obsługi. 


Na zdjęciu powyżej widoczne są najważniejsze parametry glukometru Gold System - dla mamy najistotniejsze jest, że wystarcza naprawdę odrobinka krwi do przeprowadzenia pomiaru. Mama ma słabo ukrwione palce, więc na starym glukometrze się męczyła, musiała nakłuwać się głębiej i grubszą igłą (wiadomo - opuszki później bolą).




Wyżej widzicie cały zestaw, jaki znalazł się w opakowaniu - to niebieskie to lancety jednorazowe do nakłuć zamknięte okrągłym koreczkiem, który się "odkręca" na takiej samej zasadzie, jak np. ampułki z solą fizjologiczną. Białe pudełeczko to paski, które wsuwa się do urządzenia i nakłada na nie kropelkę krwi. Po prawej to oczywiście glukometr, a na dole nakłuwacz do glukometru, w którym można umieścić lancety - choć akurat mama i ja wolimy używać ich bezpośrednio.



Tu cały NIEZBĘDNIK do zrobienia pomiaru - widzicie, jaka ta igiełka jest maluteńka? Trochę się męczyła, zanim udało mi się jej zrobić fotkę ;) 

Pomiar przebiega następująco: 

1) wkładamy pasek do urządzenia - w tym kierunku, w jakim jest ułożony na zdjęciu;




2) w miarę szybko wykonujemy kolejny krok - czyli ukłucie. Niekoniecznie najprzyjemniejsza część badania ;) A tak na poważnie - najgorzej jest się przemóc na początku, później już jest spoko.




 3) nanosimy kropelkę krwi na koniec paska;

No i w zasadzie tyle: po 5 sekundach pojawia się wynik badania wyrażony w mg/dL - prawidłowe wartości przytoczone są w znajdującym się u góry cytacie.

Jeżeli chodzi o samo urządzenie:

+ jest małe i zgrabne, prosty design bez zbędnych ozdobników;
+ szybki pomiar;
+ mała ilość krwi potrzebna, do zbadania poziomu glukozy;
+ paski mają pole do badania na samym końcu - w poprzednim urządzeniu pole to było umieszczone bardzo blisko aparatu, w takim zagłębieniu, więc jeśli ktoś, jak moja mama, ma grubsze palce, to ciężko było wygodnie nanieść kroplę tam, gdzie trzeba, i czasem paski po prostu się marnowały;
+ fajne oprogramowanie (pomiar przed i po posiłku, pojemna pamięć) pozwalające na łatwiejszą kontrolę diety;

Generalnie jestem bardzo na plus; niby pech, że poprzedni aparat się zepsuł, ale ten jest dużo wygodniejszy w obsłudze, ma więcej przydatnych funkcji - a przede wszystkim wieczystą gwarancję.

Glukometru możecie szukać TUTAJ


Mam nadzieję, że trochę Wam przybliżyłam temat. Macie w rodzinie kogoś, kto choruje na cukrzycę? A może same ją macie?


Buziaki :*

11/09/2016

Testuję z Diagnosis.pl - GlySkin Care - Kokos!

Hej hej :)


Żyję! - w sumie to powinno być w "". Jeśli nie śledzicie Fanpage to już wyjaśniam :)
Jakiś miesiąc temu zaczęłam kichać, czasem kaszlnęłam. Szczególnie uciążliwe to nie było - no ale było. Więc w ruch poszedł miód, sok z malin, multivitaminka. Nie przechodziło, więc dołączyłam Herbapect i Teraflu. Kaszlałam coraz mocniej - no to buch za ACC.

Generalnie nie miałam zbytnio czasu, by spędzić pół dnia w kolejce do lekarza więc tylko co parę dni wysyłałam M. do apteki po coś nowego. Nie było jakoś źle, ogólnie czułam się w miarę dobrze, więc po co zaraz lekarz ;) 


Pewnego dnia - nagle, bez ostrzeżenia zaczęłam kaszleć - ale jak! Normalnie dusiłam się, ostry, suchy, męczący kaszel. No to biegiem lekarz - dała antybiotyk i nebulizację - jedyny efekt był taki, że kaszel zmienił się w mokry. 

I tak od prawie 3 tygodni - konsultacja u innego lekarza, co tydzień nowe leki, bo a nóż pomogą. WSZYSTKO, tak wszystko mnie boli od ciągłego kaszlu. Najchętniej bym nie wychodziła z łóżka, zrobiła z siebie kocowego naleśnika i przeczekała, aż leczenie coś drgnie. Niestety, obowiązki wzywają więc siedzę i się męczę.

Ok, wiecie już, że zaraz idę pisać testament - więc pora przejść do właściwej części wpisu. 


W sumie to kokosu, jako owocu nie lubię. Wiórki na cieście - bleee! Ale jego zapach kocham miłością odwieczną, niezmienną i taką wiecie, forever!

Ostatnio dzięki Panu Piotrowi (pozdrawiam!) dotarła do mnie kolejna paczka od Diagnosis.pl, jej zawartość widzicie na poniższym zdjęciu:




Jeszcze tego samego dnia, gdy dotarła do mnie paczka - poszedł w ruch szampon. Na początek zupełnie solo, bez żadnych masek, odżywek itd. Chciałam sprawdzić, jak będzie się zachowywał w różnych zestawieniach.


Szampon z olejem kokosowym delikatnie oczyszcza włosy i skórę głowy. Wzbogacona o naturalny olej kokosowy, kolagen, keratynę, białko pszeniczne, witaminę E, aloes i pantenol. Formuła intensywnie nawilża i odżywia, pozostawiając Twoje włosy miękkie i lśniące oraz regeneruje i wzmacnia, zapobiegając ich rozdwajaniu.Sposób użyciaNanieś szampon na mokre włosy, a następnie masuj okrężnymi ruchami do wytworzenia piany. Po umyciu włosów spłucz szampon ciepłą wodą. W celu uzyskania lepszego efektu nawilżenia stosuj z Odżywką do włosów z olejem kokosowym, kolagenem i keratyną.
Składniki: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Cocamide DEA, Sodium Chloride, Glycerin, Cocos Nucifera Oil, Hydrolyzed Wheat Protein, Hydrolyzed Wheat Gluten, Polyquaternium-7, Polyquaternium-10, PEG-6 Caprylic/Capric Glycerides, Panthenol, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Hydrolyzed Keratin, Disodium EDTA, Collagen Amino Acids, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Coumarin.
Pojemność: 250 ml



Jak widzicie na zdjęciu butelka jest z półprzezroczystego, brązowego plastiku. Zamykanie... nie wiem, jak to określić - uchylne? Takie wiecie, naciskacie na płaską powierzchnię korka z jednej strony i wtedy "pokrywka" przeskakuje i z drugiej strony ukazuje się niewielki otwór do dozowania. Osobiście uwielbiam tego typu zamykanie. 
Co mnie uderzyło po otwarciu opakowania? ZAPACH! Piękny, wyrazisty, normalnie taki, że (jeśli ktoś lubi smak kokosa ;) ) chciałoby się schrupać :) Szampon jest zupełnie przezroczysty i lejący, bardzo dobrze się pieni - zużywam go na jedno mycie prawie połowę mniej niż poprzedniego, dość gęstego gagatka. 

Moje włosy z reguły dość szybko się przetłuszczają, ale sprawdza się u mnie prosta (choć niekoniecznie wygodna i możliwa czasowo) metoda - raz na jakiś czas myję je już w ostatecznej ostateczności. Po takim ich przetrzymaniu przez kilka-naście nawet kolejnych tygodni wystarcza im rzadsze mycie. Korzystając z okazji, że pracuję w domu, do tego od miesiąca jestem chora, to ograniczyłam ich mycie do niezbędnego minimum - możecie nie wierzyć, ale obłędny zapach szamponu czuć na włosach do kolejnego mycia!

Mimo dodatków w postaci kolagenu i keratyny (moje włosy raczej preferują szampony bez jakichkolwiek dodatków) szampon od GlySkin Care nie spowodował szybszego niż zwykle przetłuszczania, co zwykle ma miejsce, gdy w składzie szamponu jest cokolwiek "zbędnego".

Pomijając zapach - po umyciu włosy są lekkie, sypkie, łatwo się rozczesują (mimo braku maski czy odżywki). Jak już wspomniałam - długo utrzymują świeżość. 
Wrażenia po stosowaniu go w duecie z odżywką z tej samej serii opiszę w poście jej poświęconej.
Szampon kupicie w sklepie on-line portalu Diagnosis.pl , możecie go też znaleźć TUTAJ - nie należy może do najtańszych, ale naprawdę jest bardzo wydajny, więc uważam, że warto!

Polecam!




Buziaki :*

10/17/2016

OPI - This Cost Me a Mint - czyli jak się zawiodłam na marce

Hej hej :)


Nie tak dawno temu opisywałam Wam mój pierwszy lakier do paznokci OPI - piękny kolorek, ale z trwałością u niego nie było jakoś szczególnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego cenę. Dziś będzie o kolejnym lakierze tej firmy - równie śliczny kolorek, choć całkiem odmienny.

This Cost Me a Mint to piękna, pastelowa mięta pomieszana z pistacją. Ładny i uniwersalny kolor, będzie świetnym tłem pod zdobienia, no popatrzcie same:




Duża (15 ml) buteleczka jest bardzo charakterystyczna dla marki. Konsystencja lakieru jest idealna, pędzelek dokładnie taki, jakie lubię - średnio gruby i dość długi. Krycie, jak na pastele nie jest tragiczne - pierwsza warstwa wygląda brzydko, ale druga na szczęście ładnie się poziomuje i wyrównuje niedoskonałości poprzedniej, więc wystarczają właśnie te dwie warstwy. Kolor jest piękny - mój M. przesłał mi zdjęcie z lotniskowej drogerii i od razu wiedziałam, że właśnie ten, a nie inny. 

No właśnie - cena. Jakoś miałam zakodowane w głowie, że OPI są dość drogie, nawet nie sprawdziłam ceny na Allegro tylko bez zastanowienia kazałam M. kupić go na lotnisku. Zapłacił 15$ (!!!) - jak się później okazało słono przepłacił, bo za tę cenę na Allegro mam dwie sztuki :( Choć z drugiej strony nie żałuję, bo mam pamiątkę z dalekiego Singapuru :D 

I w nawiązaniu do ceny - mimo wszystko OPI do grupy tanioszków nie należą, więc spodziewałabym się jakości lepszej niż u niedrogich Wibo czy Lovely. Przy pierwszym OPI łudziłam się jeszcze, że może moje paznokcie mają zły dzień, że może za długo je moczyłam we wodzie itd. Ale dzisiejszy kolor również mnie zawiódł pod tym względem na całej linii - na drugi dzień (a malowałam paznokcie późnym popołudniem) starte końcówki, trzeciego dnia odpryski. Wspomniane Wibo trzymają się u mnie tyle samo albo i dłużej. Owszem, mam trudną płytkę, której żaden lakier nie trzyma się wyjątkowo długo, 3 dni to taki standard, kiedy lakier u mnie wygląda jeszcze ładnie. Ale po OPI spodziewałam się czegoś więcej. 

Kolory mają piękne <3 I oba moje, i wiele innych, które ostatnio oglądałam na Allegro. Ale co z tego, jak z moimi paznokciami wyjątkowo się nie lubią. Za tę cenę mogę mieć kilka sztuk tanich lakierów, które wytrzymują u mnie równie długo, albo i dłużej. 


Na koniec jeszcze fotki, jak wyglądał This Cost Me a Mint u mnie na pazurkach - miałam je wtedy wyjątkowo długie, ostatnio musiałam znów ściąć na zero i czekam aż odrosną choć trochę, by pokazać Wam pewne śliczne naklejki ;) 










Buziaki :*

10/12/2016

Hu, hu, ha - zbliża się zima zła :(

Hejka :)

Dziś przychodzę do Was z postem, który czekał na opublikowanie ponad tydzień - jakoś nie mogłam się zebrać do jego napisania. 


Chcę Wam pokazać parę rzeczy, które wpadły mi w oko w sklepie SheIn - mimo paru rozczarowań (wynikających głównie z mojego roztrzepania i niedoczytania szczegółów) bardzo lubię ten sklep i chętnie zaglądam do niego gdy tylko pojawiają się nowości. 


Jako, że zima za pasem to zaprezentuję dziś kilka sweterków, które chętnie bym przygarnęła - wypłata w tym miesiącu skromna, więc ograniczę się do jednego, który pokażę Wam za jakiś czas.





Uwielbiam takie trochę dłuższe fasony i długaśne rękawy, którymi mogę otulić moje wiecznie zmarznięte dłonie ;) Uniwersalny kolor sprawdzi się w wielu zestawieniach a przepleciony pasek nadaje sweterkowi uroku.







Niby nie przepadam zielonym kolorem, ale ten fason bardzo przypadł mi do gustu. Będzie doskonały na przejściowe dni, kiedy jest niby ciepło - niby zimno. Słodkie są te falbanki <3 




Mój ukochany ostatnio kolor - może kojarzycie, że w ostatnich miesiącach pokazywałam Wam sporo rzeczy w podobnych odcieniach. Zdetronizował nawet mój ulubiony dotychczas fiolet! Do tego te rękawy - są świetne!



G-e-n-i-a-l-n-y! Kocham połączenie mięsistej dzianiny z delikatną koronką - świetnie ze sobą kontrastują, nadając ubraniom niepowtarzalnego charakteru. Do tego fakt, że zdobienie jest na plecach - bardzo lubię takie smaczki, ujawniające się dopiero po ściągnięciu kurtki czy płaszcza.



Przepadam za niby-sportowymi fasonami - wbrew pozorom nadają się na wiele różnych okazji. Udany mariaż klasycznego swetra ze sportową bluzą bardzo mi się spodobał. Troczki podkreślające talię to coś, co bardzo lubię. Kieszeń też się przyda - jak się kręcę po domu, to lubię mieć telefon pod ręką ;) 



I jak się Wam podobają moje propozycje? :) 







Buziaki :*

10/09/2016

SERUM LUKRECJA GŁADKA NAWILŻAJĄCO-WYGŁADZAJĄCE DO CERY MIESZANEJ

Hejka :)


Od dłuższego czasu mam okazję sprawdzać, jak na mojej skórze sprawdza się kolejne serum w mojej kolekcji. Niedawno opisywałam Wam serum, które stosuję na noc, dziś serum "dzienne". 

Bardzo polubiłam (a zwłaszcza moja skóra) taką formę kosmetyków, jednak dla mojej kapryśnej cery sam krem to za mało ;) 




Jak możecie zobaczyć poniżej - serum ma bardzo fajny, krótki skład:



Skład: kompleks ziołowy (lukrecja gładka, len zwyczajny, aralia), woda różana, kwas hialuronowy, pantenol, witamina B3 (niacynamid), magnezium PCA, sorbitol, glukoza, lecytyna, olejek cytrynowy.



Co obiecuje producent?


Działanie. Badania dermatologiczno-aplikacyjne wykazały, iż już po 2-tygodniowej aplikacji skóra pozostawała nawilżona przez dłuższy czas, była widocznie wygładzona, a naskórek zdrowo napięty. Większość probantów potwierdziła działanie nawilżające już po pierwszej aplikacji. Badania aparaturowe (obraz mikroskopowy odcinka skóry przed i po zastosowaniu) potwierdziły redukcje suchych miejsc, wzrost nawilżenia i wygładzenia skóry. Serum doskonale się nadaje pod makijaż, który wygląda świeżo wyjątkowo promiennie.


Tak jak wspomniałam na początku wpisu - tego serum używam na dzień, pod Mój krem 11, który Wam nie tak dawno temu opisywałam. Oba kosmetyki doskonale ze sobą współgrają i potwierdzę słowa producenta - takie zestawienie bardzo fajnie sprawdza się pod makijaż, nic się nie waży ani nie roluje. 

Co do samego Serum - opakowanie jest proste i zgrabne, bardzo poręczne. Jest niewielkie, zawiera tylko 15 ml produktu, jednak jest on bardzo wydajne dzięki pompce, która odmierza malutkie, ale wystarczające na pokrycie twarzy, dawki serum. Ma ono półprzezroczystą, białą barwę i rzadką konsystencję. Przyjemny, delikatny zapach umila jego aplikację. Wchłania się bardzo szybko, więc tuż po jego aplikacji można nakładać na twarz ulubiony krem.

Po paru tygodniach stosowania serum moja cera jest miła i miękka w dotyku, gładka, rozszerzone pory uległy znacznemu zmniejszeniu. Na dodatek przestałam się borykać z przesuszonymi skórkami wokół skrzydełek nosa i na krawędziach policzków. Moja skóra bardzo je lubi, więc trafia na moją prywatną listę kosmetyków MustHave :) 

Serum kupicie na stronie Fitoteki, a dokładnie TUTAJ w cenie 26 zł za buteleczkę.

Buziaki :*

10/07/2016

Novaclear - Acne Cream

Hej hej :)



Jakiś czas temu pokazywałam Wam zawartość paczki od www.Diagnosis.pl - jeśli jej nie pamiętacie, to poniżej fotograficzna ściąga ;) 



Już prawie wszystkie produkty doczekały się na blogu recenzji, dziś przyszła pora na ostatni z nich.





Będzie dziś mowa o kremie do twarzy marki Novaclear - Acne Cream - kupicie go TUTAJ w cenie 30 zł za tubkę.

Krem do twarzy, zalecany do codziennej pielęgnacji skóry tłustej, ze skłonnością do zmian trądzikowych. Zawarty w Acne Cream kwas salicylowy (2%), złuszczając delikatnie obumarły naskórek, zapobiega blokowaniu porów i powstawaniu nowych wyprysków, pozostawiając skórę czystą i wygładzoną. Obecny w preparacie Inflacin® skutecznie łagodzi zaczerwienienia oraz stany zapalne na skórze. Squalane zapewnia właściwe nawilżenie skóry.



Krem dostępny jest, jak widzicie, w poręcznej tubce o pojemności 40 ml. Jest dość rzadki, więc naciskając na tubkę trzeba uważać, żeby nie przesadzić z ilością kremu. Ale po paru dniach się przyzwyczaiłam, że trzeba go dozować raczej ostrożnie ;) Acne Cream ma białawy kolor i specyficzny, lekko chemiczny zapach - nie pachnie jakoś pięknie, ale źle też nie jest. 

Stosuję go na noc już od jakiegoś czasu - dzięki lejącej konsystencji jest bardzo wydajny i wystarczy odrobina, by pokryć nim całą twarz. Wchłania się dość szybko, a zapach błyskawicznie się ulatnia. 

Jak wspominałam w poprzednich postach (myślę nad wpisem podsumowującym) - zmieniłam ostatnio większość kosmetyków pielęgnacyjnych, bo już nie dawałam sobie rady z moją cerą. Teraz jest dużo lepiej, i jakąś część zasług na pewno mogę przypisać temu kremowi. Na twarzy pojawia mi się mniej niespodzianek, a te, które zdążą się ujawnić znikają znacznie szybciej niż do tej pory. Skóra jest ukojona i nawilżona, znacznie gładsza niż dotychczas. 

Krem działa, jest tani i wydajny - czego chcieć więcej? :) 



9/30/2016

Kurteczka z SheIn - mały zawód :(

Hej hej :)

Dziś chcę Wam pokazać kurteczkę, która już jakiś czas temu do mnie dotarła z SheIn, jednak nie miałam czasu jej wcześniej zaprezentować i opisać - ale w użyciu już kilka razy była ;) 
Z jednej strony jest bardzo fajna, z drugiej - troszkę się zawiodłam. Czemu? Jak sprawdzicie po wejściu w link do niej KLIK kurtka wygląda na zdjęciu na średnią grubość, taką typową przejściówkę na jesień. Niestety gdy ją wyciągnęłam z paczki okazało się że jest cieniutka. Bardzo cienka. Jedna warstewka niezbyt grubego materiału i podszewka. Zupełnie nie nadaje się na jesień i ciut chłodniejsze dni. 



Sprawdza się za to doskonale teraz - przy 15-18 stopniach na polu i słonku stanowi doskonałą ochronę przed wiatrem. 
Uszyta jest porządnie, choć rękawy są u mnie na styk (choć swoją drogą ja uwielbiam, jak są troszkę za długie ;) ) - wykończone są one ściągaczem. W pasie mamy troczek, który po związaniu podkreśla talię, miłym dodatkiem jest fajny fason kaptura i ozdobne klepy na piersi. 


Generalnie kurteczka bardzo fajna, choć myślałam, że troszkę dłużej w niej w tym roku pochodzę ;) 







Buziaki :*