10/12/2017

Lifestyle: Pomoc prawna - gdzie jej szukać? Czy zawsze musisz za nią płacić?

Dzieńdoberek!

U Was też dziś taka śliczna pogoda? Ja dziś od bladego świtu – jak na mnie – na nogach, jeśli śledzicie mnie na Instagramie, to już po 8 witałyśmy się z Kalą z Wami na Stories! Jeśli jeszcze mnie nie obserwujecie – na dole strony jest galeria ostatnich zdjęć, po kliknięciu w dowolne traficie na mój profil ;) 

"Bez praw nie może być prawdziwej wolności."

Kontynuuję dziś serię wpisów na tematy związane z wymiarem sprawiedliwości, odszkodowaniami, dochodzeniem swoich praw. Jak Wam już wspominałam – od jakiegoś czasu dość mocno zagłębiam się w prawnicze tematy i zauważyłam pewną prawidłowość: albo bardzo ciężko dokopać się do jakichś sensownych i rzeczowych informacji, albo są one pisane branżowym, prawniczym slangiem, który niekoniecznie jest przystępny dla przeciętnego zjadacza chleba. Dlatego postanowiłam, że w kolejnych wpisach, pojawiających się od czasu do czasu, będę starała się wyjaśniać niektóre zagadnienia w prosty sposób. Bo żeby walczyć o swoje – najpierw trzeba mieć świadomość, co nam się należy, i w jakich sytuacjach warto wziąć sprawy w swoje ręce, a nie tylko czekać na rozwój wydarzeń.


Jak już kiedyś wspominałam – uważam, że jeśli nawet Ty, w konkretnej sytuacji, wyjdziesz niewiele na plus, to i tak warto walczyć. Dla zasady, dla innych. Żeby rozmaite instytucje, urzędy czy firmy w końcu nauczyły się, że nie mogą sobie notorycznie pozwalać na "lecenie w kulki", licząc, że ludzie będą zawsze odpuszczać. Bo niestety sporo firm nadal tak własnie funkcjonuje: byle zarobić, nie ważne ile, nie ważne czyim kosztem i w jaki sposób. Byle kasa na koncie się zgadzała. Jak to się mówi: w kupie siła, i jeżeli w końcu ludzie się nauczą, że MOGĄ, a wręcz POWINNI walczyć za każdym razem, kiedy jest to możliwe, to i proceder "naciągania" klientów, konsumentów w końcu znacząco ograniczymy. 


Na szczęście państwo coraz bardziej wychodzi na przeciw potrzebom obywateli i wdraża rozmaite programy, które pomagają ludziom w kwestiach prawnych. Rozmaite fundacje tez nie pozostają w tyle – pojawia się coraz więcej punktów, gdzie świadczona jest darmowa pomoc prawna. Czasem jest ona ograniczona, i dostępna jedynie dla osób o konkretnym statusie zawodowym czy finansowym, barierą bywa również wiek. Ale jednak grupa osób objętych taką pomoca jest dość spora, i faktycznie obejmuje osoby najbardziej potrzebujące. Jednak będę tu szczera: oczywiście tylko na podstawie moich własnych doświadczeń. Jeżeli zupełnie nie znasz się na zagadnieniach systemu prawnego, a Twoja sprawa jest dość prosta, to takie porady w zupełności Ci wystarczą. Niestety jednak: usługi świadczą tam zazwyczaj początkujący prawnicy, narzekający na nadmiar wolnego czasu i chcący nabrać doświadczenia 😉 Wolny czas u dobrego prawnika to raczej rzadkość, chociaż i trafiają się tacy, którzy po prostu chcą bezinteresownie pomagać i przeznaczają na darmowe konsultacje te kilka godzin w miesiącu.


Kiedy Twoja sprawa okazuje się zbyt zawiła, a Ty czujesz, że darmowa porada, którą usłyszałeś to raczej błądzenie po omacku niż rzetelne informacje: trzeba jednak skorzystać z konsultacji u specjalisty w danej dziedzinie prawa. Często w swoich wpisach odnoszę się do możliwości, jakie nam daje wszechobecny już internet. I w tej dziedzinie może nam bardzo pomóc. Konsultacja z prawnikiem z drugiego końca kraju nie stanowi obecnie problemu i bardzo często jest zdecydowanie tańsza niż bezpośrednia wizyta w kancelarii. 

Nie ważne, czy walczysz o swoje prawa pracownika, czy chcesz uzyskać większe odszkodowanie z jakiegoś tytułu: WARTO walczyć!



10/07/2017

W szafie: Jesień już, czyli czas na sweterki!

Jesienne trendy a rzeczywistość


Co roku projektanci – zazwyczaj zaczynając przygotowania wiele miesięcy wcześniej – prezentują nam nowe trendy na sezon jesienno – zimowy. I chociaż często pokazują się w nich różne kolory i wzory, to wystarczy wyjść na ulicę, żeby przekonać się, że bardzo często nie ma to przełożenia na zawartość naszej garderoby. Chyba udziela nam się ten smętny nastrój panujący na dworze i chętnie sięgamy po zgaszone, ziemiste barwy. Nie bez znaczenia jest też, zakorzeniona gdzieś jednak w każdym z nas, praktyczność. Bo jeśli czeka nas spacer do pracy czy sklepu w czasie jesiennej zawieruchy, to zazwyczaj wybieramy ubrania, na których nie będzie widać kropel deszczu czy błota. 


Postaw na kolor!


Ja mimo wszystko staram się chociaż trochę koloru przemycać w swoich zestawach. Wielobarwne, wzorzyste chusty i apaszki to mój konik, bluzeczki i sweterki też w mirę możliwości wybieram w weselszych kolorach. Chociaż moja miłość do odcieni bordo i szarości nie przemija, to ten kolor jednak gdzieś zawsze wcisnę. 

Poniższy sweterek jest prawie, że super. Dlaczego "prawie"? O tym za chwilkę.
Sam materiał jest taki milusi, że mogłabym się nim miziać i miziać 😍 Kolor to zupełny szok jak na mnie, bo niby nie przepadam za tym kolorem. Ale jakoś tak wyszło i nie żałuję. Niestety ciężko mi było uchwycić rzeczywisty kolor (delikatny, blady pudrowy róż) na zdjęciach, ale chyba najlepiej oddaje go – paradoksalnie – najgorsze jakościowo foto, które pstryknęłam na szybko, żeby pokazać koleżance, która JUŻ chciała zobaczyć zawartość paczuchy. W sumie od jakiegoś czasu stało się to naszą małą tradycją: siedząc całymi dniami na Skypie na bieżąco dzielimy się łupami naszego nieopanowanego zakupoholizmu i podrzucamy sobie info wraz z fotką, że właśnie był kurier/listonosz. Oczywiście zawsze leci jako pierwsze zdjęcie samej paczki, a w odpowiedzi za parę sekund jest "co mnie opakowanie interesuje, DAWAJ zawartość" 😂😁 Ciekawe, czy zainteresowana przyzna się w komentarzu 😋

Wracając do sweterka – kolor i materiał są jak najbardziej na plus. Niestety, jeśli przyjrzycie się bliżej, to dostrzeżecie na przodzie dwa zadziory: już w takim stanie sweterek do mnie dotarł. Przypuszczalnie uszkodzenie nastąpiło gdzieś pomiędzy taśmą produkcyjną a wrzuceniem ciuszka do woreczka, w które są standardowo pakowane. Na szczęście struktura materiału pozwala na "naprawę" problemu, wystarczy, że przeciągnę smętnie zwisające oczko na lewą stronę, ewentualnie dorzucę kropelkę bezbarwnego lakieru do paznokci dla utrwalenia. Ale sami przyznajcie – zamawiając ubranie oczekujemy, żeby było bez żadnej skazy (no chyba, że taka informacja jest czytelnie podana na stronie sklepu, wtedy mamy świadomość, że kupujemy produkt klasy B i sami decydujemy, czy ryzykować).




Jak widzicie sweterek ma bardzo fajny fason, z bardzo głębokim, kopertowym dekoltem, w którym się zakochałam! Do noszenia po domu – a jeśli jesteście odważniejsze w pokazywaniu ciałka, to i w innych okolicznościach – świetnie sprawdza się krótki top zamiast biustonosza pod spód. Uwielbiam to połączenie, i zazwyczaj tak właśnie go noszę. Tradycyjna koszulka w kontrastowym kolorze również będzie prezentować się doskonale. Mimo niewielkiego uszkodzenia (które już zniknęło za sprawą cienkiego szydełka) jestem zadowolona z zamówienia.











10/05/2017

Paznokcie: X-hybrid - czy hybrydy 3w1 się sprawdzają?

Lakiery hybrydowe - dlaczego warto je wybrać?


Od paru lat hybrydy zyskują coraz większą popularność. Zwłaszcza u zabieganych kobiet, które nie lubią częstych zmian na paznokciach, nie mają czasu, by co kilka dni zmieniać kolor. Tradycyjne lakiery do paznokci wytrzymują na naszych paznokciach około 5 dni: przy dobrych wiatrach dzień czy dwa dłużej. Jednak są problematyczne płytki – takie, jak moja – gdzie wynik powyżej 2 dni jest sukcesem. Do pewnego momentu mi to zbytnio nie przeszkadzało, bo uwielbiam zmiany. Jednak praca i nadmiar obowiązków sprawiły, że i ja skusiłam się w końcu na lakier hybrydowy.



Początki były ciężkie, pierwsza samodzielnie położona hybryda (a nawet nie hybryda, tylko sama baza z hardim, dla wzmocnienia płytki) zaczęła odchodzić płatami już po paru godzinach. Ale próbowałam dalej, bo co innego mieć wiedzę, jak poprawnie nałożyć hybrydę, ale przy przejściu do czynów bywa różnie. Bo mimo pilnowania gdzieś zalałam skórkę, bo niezbyt dokładnie zmatowiłam. Jednak mimo nabierania wprawy i eliminowaniu błędów – nadal wynik powyżej 2 – 3 dni był sukcesem. Primer kwasowy pomógł troszkę, ale szału nadal nie było. Owszem, na sam początek nie kupiłam najdroższych, markowych hybryd, ale ich wybór konsultowałam na paznokciowych grupach i wybierałam tylko te sprawdzone i polecane. Mimo wszystko – niecały tydzień to wciąż był max, jaki udało mi się osiągnąć.

Wszystko zmieniło się końcem sierpnia, kiedy dotarła do mnie paczka od sklepu DobraRada. W ramach współpracy wybrałam sobie 5 kolorów, naklejki wodne, 3 pilniki (każdy ma dwie różne gradacje po obu stronach, wybrałam różne modele, w tym jeden, który doskonale sprawdza się do matowienia płytki: 180/240) oraz dodatkowo bazę + top w jednym. Jak możecie się domyśleć po tytule wpisu – do samych hybryd top nie jest potrzebny, ale do zabezpieczenia naklejek i innych bajerów już tak.

Przesyłka prezentowała się następująco:

paczka

water decals

O naklejkach wspomnę szczegółowo przy okazji zdobień, dziś skupię się na hybrydach. Poniżej prezentuję pełną paletę kolorów (niestety piszę z zastępczego komputera, i nie mam dostępu do fotki przed moją ingerencją na jednym z kolorów 😉, ale kolor widać dobrze), oraz zbliżenie na kolory, które wybrałam:

lakier hybrydowy

x-hybrid kolory

Samego procesu nakładania hybryd nie będę szczegółowo opisywać, bo w sieci krąży pełno tutoriali, wpisów i innych "pomocy naukowych", więc chyba bez sensu pisać po raz setny o tym samym.  X-hybrid zaintrygowały mnie tym, że – według opisu producenta – zarówno top jak i baza są zupełnie zbędne przy nakładaniu samego koloru.

Parę słów od producenta:


Żele hybrydowe x-hybrid to expresowe hybrydy najnowszej generacji. Nie wymagają bazy i topu. Nie trzeba ich przemywać. Wygodny pędzelek 3D pozwala na łatwą i szybką aplikację. Odpowiednia konsystencja sprawia, że nie zalewają skórek, są też nieporównywalnie trwalsze od klasycznych lakierów hybrydowych dostępnych na rynku.(1)

Buteleczki tych hybryd to standardowy, czarny walec, zaopatrzony w dość szeroki, prosty i zgrabny pędzelek, który sprawuje się świetnie. Pojemność opakowania to 6 ml, czyli tak w sam raz. Miłym akcentem jest czytelna naklejka z podglądem koloru i jego numerem umieszczona na zakrętce – niestety nadal wielu producentów zapomina o tej niby drobnostce, która jednak bardzo ułatwia życie😉

Na pierwszy ogień poszedł u mnie numerek 14. Zdjęcie wzornika oddaje go dość dobrze (choć wiadomo, że sporo zależy od Waszych ustawień monitora) – jest to klasyczne, czyste bordo. Nakładając X-hybrid po raz pierwszy od razu przeprowadziłam mały eksperyment – na część paznokci nałożyłam bazę, na resztę już nie. Ten sam preparat 2w1 nałożyłam również nawierzchniowo, tu akurat musiałam, bo bawiłam się nowym pyłkiem do paznokci 😊 Wniosek: nałożenie warstwy bazy/topu w żaden sposób nie zmienia trwałości hybrydy, cały set nosiłam ponad 1,5 tygodnia – co jak już wspomniałam na moich paznokciach jest wynikiem bardzo dobrym. I pewnie jeszcze kilka dni spokojnie by wytrzymały, ale odrost nie dawał mi już żyć. 

Wracając do meritum: lakier hybrydowy X-hybrid sprawdza się doskonale. Jest dość gęsty, ale szybko i ładnie się poziomuje, nie zalewając przy tym skórek. A jego krycie? BAJKA!  Poniżej widzicie tylko jedną, naprawdę cieniutką warstwę! Przy nudziaku 09 pewnie też wystarczyłaby 1 minimalnie grubsza, ale wolałam nałożyć dwie bardzo cienkie. Troszkę bardziej problematyczna jest biała 01, chyba ze względu na moc pigmentacji jest troszkę gęstsza i trudniej ją idealnie równo rozprowadzić: trzeba albo poczekać dłużej, aż sama się wypoziomuje, albo jednak dać dwie, naprawdę bardzo cienkie warstewki. Ja jednak biały kolor używam głównie jako tło pod naklejki lub do podbicia neonów, więc tu nie ma potrzeby tworzenia super – idealnej tafli koloru. 

lakier hybrydowy bordo

stemple koronka

lakiery hybrydowe

Przez te 1,5 miesiąca udało mi się przetestować wszystkie kolory. Ich krycie i obsługa (poza opisaną bielą), trwałość nie budzą najmniejszych zastrzeżeń. Może nie miałam jeszcze okazji wypróbować nie wiadomo jakiej ilości hybryd, jednak kilka mniej i bardziej popularnych marek przeszło już przez moje ręce. Jak na razie X-hybrid stały się moimi ulubieńcami i na pewno skusze się na kolejne kolory, bo cena jest bardzo przystępna. No i chyba najważniejsze – chociaż zazwyczaj jestem dość sceptyczna w stosunku do produktów X w 1, to tutaj muszę podkreślić, że producent stanął na wysokości zadania. Owszem, może i przy odrobinie wprawy zrobienie hybrydy nie trwa wieczności (zwłaszcza biorąc pod uwagę na fakt, że nie musimy czekać na wyschnięcie lakieru, tylko od razu możemy wrócić do normalnego funkcjonowania), ale jednak każda kolejna warstwa wydłuża czas pracy. Tutaj? Maksymalnie 2 warstwy i gotowe – o ile oczywiście nie bawimy się w jakieś dodatkowe zdobienia. Dla kobiet, którym wiecznie brakuje czasu: produkt idealny!

Kończąc opis hybryd muszę wspomnieć o jednym aspekcie, który – niestety – wciąż dla wielu osób może być minusem. Lakiery hybrydowe X-hybrid niekoniecznie chcą współpracować z acetonem. Mimo, że coraz więcej się mówi o złym wpływie ściągania hybryd acetonem na paznokcie i skórki, to nadal jest sporo zwolenniczek tej metody. Ja mówię tej opcji NIE,  ale testując omawiane hybrydy musiałam je sprawdzić też pod tym kątem – próby przeprowadziłam na bordo oraz nudziaku. Oba kolory zachowały się podobnie – na niektórych paznokciach lakier odszedł bezproblemowo, na paru paznokciach pozbyłam się go tylko częściowo, ale na kilku uparcie siedział i ani drgnął.

Tak jak napisałam – dla mnie osobiście nie jest to żaden problem – ponieważ stanowczo wolę wprawiać się w obsługę frezarki, która odpowiednio używana nie ma tak negatywnego wpływu na nasze dłonie jak moczenie ich (choćby sporadyczne) w mocnych chemikaliach. O samej frezarce mam zamiar napisać wkrótce, ponieważ mam Wam do pokazania coś, co doskonale się sprawdzi u strachliwców (jakim i ja byłam początkowo), które obawiają się zacząć przygodę z frezarką 😀

Zmierzając do końca tego tasiemca 😉 jeszcze kilka słów na temat serii pilników i-nails, które również były w paczce od DobraRada. Otrzymałam trzy dwustronne pilniki, których kształt i gradację mogłam sobie wybrać według własnych upodobań. Padło na linię morską w kształcie elipsy, a ziarnistość to kolejno 80/100, 100/180 oraz 180/240.

pilniki do paznokci

Najdrobniejsza 240 jest idealna do matowienia płytki paznokcia przed nałożeniem hybrydy. Średni pilnik używam do wstępnego skracania i nadawania kształtu paznokcia, chociaż do piłowania boków wygodniej mi używać takich zupełnie cieniutkich pilniczków (te mają grubość 3 mm). Jako, że pod hybrydę daję zazwyczaj dla wzmocnienia hardiego (a więc i jeszcze bazę), to gruby pilnik jest doskonały to wstępnego zdarcia powierzchni lakieru, nim wezmę do rąk frezarkę. Używam ich regularnie od sierpnia i wciąż trzymają się świetnie.

Zarówno lakiery hybrydowe X-hybrid jak i pilniczki spisują się u mnie na piątkę z plusem, więc nie mogę zrobić nic innego, jak tylko zachęcić Was do ich przetestowania 😍














----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Źródła:
(1) http://www.dobrarada.com.pl/i-nails-x-hybrid-3in1.html

10/02/2017

#udostępnijNIEkradnij

Prawa autorskie


Jeszcze jakiś czas temu sprawa praw autorskich była klarowniejsza, łatwiejsza do "ogarnięcia". Książki, dzieła sztuki - raczej każdy miał świadomość, że ktoś je stworzył a ich kopiowanie jest nielegalne.


Ale co to są w ogóle prawa autorskie? To prawo twórcy do podpisywania się pod tym, co stworzył. Nie ważne, czy jest to tekst, muzyka, grafika. Często jest to równoznaczne z możliwością zarabiania na tym utworze – choć tutaj sprawa się trochę komplikuje: ponieważ prawa autorskie dzielą się na prawa osobiste (czyli właśnie prawo do chwalenia się autorstwem) i one są niezbywalne. Jest jednak jeszcze prawo autorskie majątkowe - czyli właśnie możliwość zarabiania na tym, co się stworzyło. Te prawa można komuś odstąpić lub odsprzedać.
Sama pisząc czasem teksty na zlecenie – na przykład na strony firmowe czy do sklepów internetowych – sprzedaję nie tylko mały plik w Wordzie, ale przede wszystkim właśnie prawa majątkowe. Dzięki temu kupujący może wykorzystywać treść do własnych celów i na nim zarabiać: prostym przykładem są opisy produktów do sklepów. Ładny, ciekawy tekst zazwyczaj generuje większą sprzedaż niż dwa zdania suchego opisu parametrów technicznych produktu. Dzięki temu, że zamawiający otrzymuje ode mnie prawa majątkowe – nie musi się ze mną dzielić dochodami, które osiąga w ten sposób.


W dobie mediów społecznościowych informacje rozchodzą się bardzo szybko. Treść czy grafika, które nas zaciekawiły, rozśmieszyły – stają się takim ciepłym, pysznym chlebkiem, którym chcemy pokazać naszym bliskim, znajomym: bo jest przecież taki smaczny 😉W końcu wystarczy tylko kliknąć przycisk „udostępnij” aby podzielić się nim z innymi! Udostępniając taki materiał za pomocą funkcji wbudowanej w blogi czy Facebooka: automatycznie podajesz link do źródłowego tekstu, zdjęcia lub innego utworu, dzięki czemu ich autor jest łatwy do zidentyfikowania.

Różnica między udostępnianiem a kradzieżą:


Ale co stanie się jeśli zamiast „udostępnij” zaznaczysz treść i klikniesz „kopiuj”? Albo zapiszesz grafikę na swoim komputerze – i dopiero później po prostu wkleisz taki wpis lub zdjęcie na swojego FB lub IG tworząc nowy wpis? Wydawałoby się, że nie jest to wielka różnica. A jednak, robiąc tak POPEŁNIASZ PRZESTĘPSTWO! Nie podając autora de facto przywłaszczasz jego utwór, a więc dopuszczasz się, potocznie mówiąc, kradzieży intelektualnej.

Kto rozpowszechnia utwór bez podania nazwiska lub pseudonimu twórcy podlega odpowiedzialności karnej. (art.115 pr.autorskie i prawa pokrewne) 

Zasłanianie się nieznajomością prawa nie jest w tym przypadku żadną wymówką. Kradzież jest kradzieżą. Pomyśl jedynie o sytuacji odwrotnej. Co by się stało jeśli ktoś skopiowałby Twoje zdjęcie z FB i zgłosił się z nim np. do konkursu na Instagramie? A jeśli by wygrał? Czy jego tłumaczenie „nie wiedziałem, że tak nie można” by Ci wystarczyło? Czy nie chciałbyś przekazania nagrody Tobie?

To jest właśnie prawo każdego twórcy - również Twoje! Niezależnie czy chodzi o jubilera, który stworzył unikatową bransoletkę, fotografa, który zrobił zdjęcie, czy blogera, który napisał zabawny tekst. My wszyscy jesteśmy autorami, którzy często zarabiają za pomocą swoich dzieł. Dlaczego nie do pomyślenia byłoby po prostu wziąć bransoletkę z lady i wyjść z nią ze sklepu, a czymś społecznie akceptowalnym jest skopiowanie zdjęcia lub tekstu? Oba te czyny są przestępstwem, i oba są zagrożone karą więzienia.

„Kto przywłaszcza sobie autorstwo albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części cudzego utworu albo artystycznego wykonania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3.”

Oprócz odpowiedzialności karnej, autor może również żądać zadośćuczynienia na drodze cywilnej. W najłagodniejszym wypadku wezwie do zamieszczenia jego imienia i nazwiska oraz podania źródła. Należy mu się także zamieszczenie sprostowania na Twoim kanale społecznościowym. Jednak w przypadku, gdy skorzystałeś z jego dzieła (np. wygrałeś konkurs) lub autor poniósł stratę (jego tekst rozszedł się wiralowo, a żadne z wyświetleń nie wygenerowało ruchu na jego stronie, co przekłada się na jego zarobki), wówczas może pozwać Cię i zażądać odszkodowania finansowego.


PAMIĘTAJ: Chcesz użyć cudzego zdjęcia, grafiki czy tekstu w internecie? Koniecznie użyj opcji udostępniania. Jeśli jej nie ma, i nie ma też wyraźnej i jednoznacznej prośby o rozpowszechnianie (która nie zwalnia z podawania źródła) – zapytaj o zgodę w formie pisemnej: chociażby przez Messenger czy maila. Jeżeli utwór jest anonimowy poinformuj o tym swoich czytelników (a jeśli autor zgłosi się do Ciebie, umieść jego dane pod użytym utworem i napisz krótkie sprostowanie).

Przy okazji chciałabym rozwiać mylne wyobrażenie sporej grupy osób, które w ten sposób tłumaczą "pożyczanie" postów od innych – że wrzucając coś na Facebooka zarazem zrzekamy się praw do tego. NIE, tak nie jest. Facebook sam walczy z łamaniem praw autorskich, a wrzucając coś na swoją tablicę: udzielamy Facebookowi (i tylko jemu, a nie wszystkim jego użytkownikom) czasowej licencji na korzystanie z naszego dzieła. Czasowej – bo trwa ona dopóki nie usuniecie zdjęcia ze swojego profilu. A licencja (choć w bardzo rzadkich przypadkach może być wykorzystana znacznie szerzej) – jest potrzebna do jednego, głównego celu. Po prostu po to, by Facebook mógł pokazywać Wasz post komukolwiek poza Wami. Bez tej licencji Facebook po prostu nie mógłby działać.

Jest to dokładnie wyjaśnione w Regulaminie Facebooka:
https://www.facebook.com/legal/terms – punkt 2.1 oraz 5.1


Na koniec mała ściąga.

Jak sprawdzić gdzie po raz pierwszy zostały opublikowane tekst lub grafika?

Pierwsze miejsce publikacji jest zazwyczaj (choć nie zawsze, co też należy brać pod uwagę) – stroną www, fanpage czy też prywatnym profilem autora. W zlokalizowaniu twórcy pomoże nam – w dosłownie minutę – niezawodny "wujek Google" lub też wyszukiwarka na Facebooku, która z miesiąca na miesiąc jest coraz lepsza i zostaje wzbogacana o dodatkowe opcje.

Jeżeli szukamy autora jakiejś treści: możemy to zrobić zarówno na Fb jak i w Google. Po prostu w wyszukiwarkę wpisujemy fragment tekstu, najlepiej jedno z bardziej charakterystycznych zdań. Używając do tego celu Google warto dodać cudzysłów. Kiedy wyświetlą się nam wyniki możemy je posortować według daty publikacji – na fejsie te opcje znajdują się w kolumnie po lewej stronie wyników, w Googlu: Narzędzia –> środkowa opcja która ukaże się poniżej menu głównego. 

Grafikę w Google wyszukujemy analogicznie, naprawdę nie jest to nic trudnego, a może oszczędzić Wam problemów.


NIE KOPIUJ -> UDOSTĘPNIAJ











------------------
Tekst powstał we współpracy z PARAGRAFKI - dzięki Aga!

9/23/2017

Lifestyle: Gdy wpadniesz w błędne koło...

Cześć!

Internet. Według danych GUS-u z końcówki ubiegłego roku wynika, że dostęp do niego jest w ponad 80% gospodarstw domowych.  Tyle zmienił w naszym życiu – wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Dostęp do sklepów, informacji – i pieniędzy.


Każdemu z nas może przytrafić się sytuacja, kiedy nagle okazuje się, że potrzebujemy pewnej kwoty pieniędzy. Najtańszą opcją jest oczywiście wtedy znany i sprawdzony bank. Jednak są osoby, którym żaden bank nie udzieli już pożyczki. Bo mają już jakąś, której spłata pożera sporą część dochodów, bo z jakiegoś powodu trafiły do BIK – czyli na swego rodzaju "czarną listę" osób, które były lub są niewypłacalne, lub istnieje bardzo duże ryzyko, że takimi się staną. 

Z "pomocą" chętnie przychodzą wtedy różnego rodzaju firmy udzielające pożyczek. Czemu pojawił się cudzysłów? Bo oferty firm, które nie są bankami często wprowadzają w błąd, przedstawiają cudowne oferty, a rzeczywistość okazuje się później zdecydowanie mniej różowa.


Są osoby, które po prostu przyzwyczaiły się do lekkomyślnego stylu życia i wygody korzystania z karty i szybkich pożyczek, dostępnych na wyciągnięcie ręki, na dosłownie dwa kliki na komputerze. Nie chcą myśleć o tym, że mogą nagle zostać bez pracy, potrzebować drogiego leczenia. Bo nie trzeba czekać do dziesiątego, bo nowy laptop czy modny telefon zawsze się przyda.

Oczywiście, są sytuacje, kiedy zadłużyć się musimy. Bo zepsuł się sprzęt, którym zarabiamy na życie, więc jego brak = brak szansy na dochód. Niespodziewana choroba, która nie poczeka, aż zwolnią się jakieś terminy w państwowych placówkach. Naprawdę, życie bywa nieprzewidywalne.

Zarówno w jednej jak i drugiej sytuacji może zdarzyć się, że nagle okazuje się, że zadłużenie przerosło nasze możliwości, tracimy płynność finansową, a dług rośnie w zastraszającym tempie. Odnośnie pierwszej sytuacji – jakoś nieszczególnie żal mi takich ludzi; w drugim przypadku, kiedy zadłużenie jest w dużej mierze niezawinione, i było ostatnią deską ratunku: wiecie, każdy z nas może się znaleźć kiedyś w takiej sytuacji. Ustawodawca podobnie podzielił dłużników, i tej drugiej grupie umożliwił jakiś czas temu skorzystanie z opcji, jaką jest upadłość konsumencka



Dawniej upadłość mogły ogłosić tylko firmy, zmieniło się to dopiero w 2009 roku. Jak to wygląda w praktyce? W przypadku upadłości konsumenckiej tylko sam dłużnik może zgłosić się do sądu z wnioskiem, jego wierzyciele nie mogą go do tego zmusić. Ale w sytuacji podbramkowej często jest to naprawdę sensowne rozwiązanie. Sąd, jeśli uzna, że problemy finansowe faktycznie były w dużej mierze niezawinione, to ogłasza upadłość i dzieli obecny majątek dłużnika pomiędzy wierzycieli – zapewniając jednak środki do godnego życia, kontynuowania pracy, opłacenia mieszkania na dłuższy okres. Jeśli dług nadal nie zostaje pokryty, sąd zazwyczaj ustala plan spłaty zadłużenia, jednak niezależny jest on od kwoty długu, ale od realnych możliwości osoby ogłaszającej upadłość. Taka spłata nie trwa jednak w nieskończoność, ale maksymalnie kilka lat. Po tym okresie, nawet jeśli wierzyciele nie odzyskali swoich pieniędzy w całości, to reszta długu jest umarzana, a konsument może zacząć żyć z czystym kontem. 

Mimo, że omawiana ustawa weszła w życie już ponad 8 lat temu, to świadomość o jej zaletach nie jest wciąż zbyt duża. A szkoda, bo sporo jest osób, którym takie rozwiązanie mogłoby pomóc – a zamiast z niego skorzystać pogrążają się co raz bardziej w niekończącej się spirali zadłużenia. 

Mam oczywiście nadzieję, że ani mi, ani Wam nigdy się nie przyda ta wiedza, jednak warto edukować ludzi i przedstawiać im możliwości wyjścia z problemów. 










9/20/2017

Dom: Wspomnienie lata z Yankee Candle - wosk Pineapple Cilantro

Cześć!

Za oknem już jesień 

– chociaż słońce ładnie świeci, to temperatura za oknem nie zachwyca, a na dobicie: wieje dość mocny i zimny wiatr 😞 Przez najbliższe pół roku (a nawet ciut dłużej) – będę kląć na czym świat stoi i wynurzać się z domu tylko w stanie najwyższej konieczności. Gdzie te moje 5 baniek (albo chociaż ze 2) w Lotto, no gdzie? 😉 Bo plan już opracowany: przeprowadzić się bliżej równika, do jakiegoś ciekawego kraju, gdzie koszty utrzymania są (dla nas) śmiesznie niskie, i po podpięciu się do neta pracować jak do tej pory, zarabiając nadal w PLN czy EUR 😂

Ale ja dziś nie o tym 😁 Robię co mogę, by lato zatrzymać na dłużej, więc do gry wchodzą woski o świeżych, typowo wakacyjnych zapachach!


Kolejny zapach od Yankee Candle:

Niewielka porcyjkę tego zapachu sprawdzałam już jakiś czas temu, teraz palę go drugi dzień z rzędu. Mowa o tytułowym Pineapple Cilantro od Yankee Candle, który możecie znaleźć między innymi na Goodies.pl, a dokładnie -> TUTAJ <- Tarteletki już jakiś czas temu trochę podrożały, ale według mnie – nadal warto je kupić, bo w parze z ceną idzie naprawdę świetna jakość i wydajność. Większość wosków spokojnie można podzielić na 2 – 4 części, dodatkowo drugie palenie tego samego wosku nadal daje, oczywiście mniej intensywny, ale wyczuwalny aromat.


(1)

Jak pachnie Pineapple Cilantro?


Ananasowy, mocno zamrożony i w pełni naturalny sorbet zaserwowany z listkiem aromatycznej kolendry – to przepis na letni koktajl idealny. To także receptura sprawdzająca się podczas domowych sesji aromaterapeutycznych! Wosk Pineapple Cilantro tworzy niekonwencjonalny miszmasz i swoim zapachem – wyczuwalnym w chwilę po podgrzaniu – kreuje atmosferę cudownych wakacji przeżywanych na tropikalnej wyspie. Gorące słońce, czysta plaża, lazurowa woda, świeża, pachnąca solą bryza i... zimny, ananasowy sorbet z dodatkiem kolendry! Marzenia o raju zamieniają się w prawdę, a rzeczywistość zaczyna pachnieć egzotyką!


Cóż... mój nos jakoś tego ananasa wyłapuje mniej, niż by wypadało 😉 Owszem, gdzieś tam się przemykają jego nuty, ale nie dominują w aromacie. W moim odczuciu zapach wosku to idealnie wyważona mieszanka wszystkich składników, żaden z nich nie wybija się na pierwszy plan. Wosk oceniam bardzo na plus – świeża woń niesamowicie przypadła mi do gustu. Trwałość i wydajność: jak zazwyczaj w woskach YC jest bardzo dobra. Aromat długo unosi się w pomieszczeniu, na jedno palenie w zupełności wystarcza 1/3 krążka. Kolejny zapach, który trafia na listę moich ulubieńców!








----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Źródła:
(1) http://www.goodies.pl/woski-zapachowe/108-kolendra-i-ananas-pineapple-cilantro.html