4/14/2018

Kuchnia: Moje ulubione (nie)herbaty poniżej 10 zł


Cześć!

Uwielbiam herbatę. "Herbatę" również – bo pewnie wiecie, że sporo mieszanek dostępnych na rynku, nazywanych przez producentów herbatą tak naprawdę koło niej nawet nie leżało. Co nie zmienia faktu, że wiele z nich jest naprawdę smacznych i sięgam po nie równie chętnie, co po prawdziwą herbatę. Z tym, że dla mnie porą na herbatę są chłodniejsze, jesienno-zimowe miesiące. Wtedy potrafię parzyć ją w ilościach hurtowych: nie bawię się wówczas w zaparzanie w kubku (chyba, że tym moim, "specjalnym, który ma prawie 1 litr pojemności ;) ), tylko od razu przygotowuję ją w sporym dzbanku, który trzymam w zasięgu ręki :) 


Prawdziwa herbata: co to jest?

To napar przyrządzany z liści i pąków grupy roślin, nazywanych tą samą nazwą, należących do rodzaju kamelia (Camellia). Rośliny te są do siebie podobne, traktowane jako odrębne gatunki lub odmiany jednego gatunku – herbaty chińskiej (Camellia sinensis). /za: Wikipedia/


Jeszcze kilkanaście lat temu nawet zwykła, czarna herbata dobrego gatunku była dość ciężko osiągalna. W sklepach królowały saszetki, w których ciężko było znaleźć coś poza drobnym pyłkiem, który ciężko przyrównywać do herbaty. Wraz z otwarciem rynków i rozwojem importu: coraz łatwiej dostępne, a przez to i popularniejsze są różne odmiany herbaty, dzięki trochę innemu procesowi produkcji znacznie zdrowsze od czarnej. Na wyciągnięci ręki jest teraz zielona herbata, czerwona, biała... Ja jednak raczej za nimi nie przepadam: wyjątek stanowi tu Pu-Erh, którą bardzo lubię.
Jeśli chodzi o tę prawdziwą herbatę, to – poza wspomnianą wyżej czerwoną – pijam jedynie tę  najpospolitszą,  czarną oraz Earl Grey'a 😍

I choć pojedynczych ziół czy owocowych naparów też zbytnio nie lubię, to ich rozmaite mieszanki należą do moich ulubieńców! Dziś chcę Wam pokazać moje TOP – jak już wspomniałam, ja je pijam zazwyczaj w chłodniejszym okresie roku, ale smakują one równie dobrze na zimno, więc są świetnym zamiennikiem rozmaitych, gotowych napojów w okresie letnich upałów.


Ogólnie zioła to zuo, ale Sekret Zakonnika jest naprawdę smaczny! Co prawda efektów odchudzających, o których zapewnia producent, jakoś nie zauważyłam, ale to też wina mojej nieregularności w jej piciu. Owszem, początkowo starałam się ją pić regularnie, te 2 razy dziennie, ale oczywiście po paru dniach zapał mi przeszedł i parzyłam ją już rzadziej, wtedy, kiedy miałam na nią smaka 😋 Nie jest droga, w aptece kosztowała jakieś 7 zł za 40(!) saszetek. Jeśli więc walczycie z dodatkowymi kilogramami, a macie w sobie więcej systematyczności niż ja, to warto spróbować.

Yerba Mate z dodatkiem aloesu to łup z herbacianej promki w Biedronce. Niestety już ją skończyłam, bo była taaaaaaaaaaka pyszna 😍, a teraz nigdzie nie mogę jej znaleźć. Wielki smuteczek, że nie wzięłam więcej opakowań na zapas, ale liczę na to, że prędzej czy później uda mi się ją gdzieś dorwać. Wstyd przyznać, ale było to moje pierwsze spotkanie z YM, i jestem zachwycona: dawała mi większego kopa niż kolejna kawa, więc tym chętniej po nią sięgałam.

Rooibos nie każdemu będzie smakował – moja przyjaciółka po wypiciu łyczka wylała ją i stwierdziła, że próbuję ją otruć 😂 Mimo specyficznego smaku bardzo ją lubię, i zawsze mam w domu kolejne opakowanie w zapasie.


Tak, wiem, Granella to świństwo, chemia, cukier itd. Ale co poradzić, że ją lubię? 😆 Również wersja cytrynowa mi smakuje, choć samej cytryny, jako takiej, raczej unikam. No i te wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to z kuzynką sypałyśmy ją sobie na małe talerzyki i jadłyśmy ją "na sucho", zbierając ją wprost z powierzchni talerzyka językiem 😂😂😂 Jest to też dobra opcja, kiedy potrzebujemy zrobić szybko coś bardzo zimnego do picia, bez czekania, aż zaparzany napój ostygnie. Z racji wspomnianego, niezbyt fajnego składu, staram się ją ograniczać do minimum, ale raz na jakiś czas można sobie pogrzeszyć, prawda?

Twój Ogród – ponownie produkt z Biedronki – to kolejne pyszności, których NIGDY nie może u mnie zabraknąć. Nie wszystkie kompozycje smakowe lubię, ale jest ich spory wybór, więc każdy z Was z pewnością znajdzie wśród nich coś, co mu przypadnie do gustu. Zazwyczaj mam w szafce przynajmniej 3 napoczęte smaki, które pijam zamiennie, ale gdybym miała wybrać tę jedną, jedyną wersję, to chyba postawiłabym na wiśnię (i znów, paradoksalnie, za samą wiśnią, taką jedzoną na świeżo czy też w przetworach raczej nie przepadam, ale żurawina i granat świetnie się z nią komponują i tłumią te nuty smakowe, których nie lubię).


A Wy jakie napoje, herbaty lubicie najbardziej? Wolicie prawdziwą, klasyczną herbatę, czy też stawiacie na różnorodność i rozmaite mieszanki?

Ja cały czas testuję kolejne nowości, więc czekam na Wasze polecajki, może wśród nich znajdę kolejnego ulubieńca!
















4/04/2018

Ludzie: Ciemnogrodu nie pokonasz - czyli o kotach słów kilka!

Cześć!

Miałam nie pisać nic przez najbliższe dni. Taki detoks: dopadło mnie jakieś przesilenie wiosenne, i chociaż w szkicach mam ze 6 postów, to jakoś nie mogłam się zebrać, żeby je dopracować. Ale dzisiejsza noc i dzień tak mi podniosły ciśnienie, że MUSZĘ!


Wieczorami lubię pooglądać sobie Stories na Instagramie. Dzisiejszej nocy, prawie już przysypiając oglądam poranną relację pewnej dziewczyny, jakiś swatch i opinia o bazie pod makijaż. I nagle tekst na temat dźwięku w tle (na który szczerze powiedziawszy nie zwróciłam nawet uwagi), że te piski w tle to jej rodząca kotka. Która rodzi któryś raz, i "wiecie, ona ma wąską miednicę, jest drobna, więc zawsze ma problem".

Ja się KUR*A pytam – jakie zawsze??? Czy w miarę młoda dziewczyna, z dostępem do internetu nie potrafiła ogarnąć podstawowych informacji o dbaniu o koty, kiedy zdecydowała się go przygarnąć? Kastracja, to pierwszy zabieg, jaki powinien przejść młody kociak. Młody = nim osiągnie dojrzałość płciową. Zapobiega rakowi, ropomaciczu, sikaniu po kątach.

A ta ... między jednym zdaniem o bazie a drugim: rzuca tak mimochodem, że kolejne młode się rodzą, i to przy wielkim cierpieniu kotki. I sprawdzić, czy z młodymi ok, to też czasu nie miała, bo do pracy pędziła! Tak, ale 30 minut Stories nagrać jej się udało :/ No szlag człowieka trafia.

Z inną dziewczyną piszemy do niej - spokojnie i rzeczowo tłumaczymy, że robi kotu krzywdę. Lista jej wymówek i wersji? Długa jak droga na księżyc:

  1. bo weterynarz zabronił kastrować, jak była kotka młoda
  2. bo jak raz urodziła, to już musi rodzić i kastrować nie trzeba

O weterynarzach (tu historia z psem 😔) też wersje rozbieżne. Jej pies potrącony przez auto. Ale oczywiście to nie jej wina, że biegał luzem.  No jak ten głupi kierowca śmiał jechać drogą? No jak?
I tu dwie, jakże różne wersje o weterynarzach. Przy informacji o kotce: "jest 2 wetów w okolicy, wierzę w to, co mówią nt. kotki a do innych nie mam dostępu". Wersja 2 – kiedy pies został potrącony obdzwoniła (czyli są w zasięgu) kilkunastu weterynarzy i tylko 1(!) raczył oddzwonić kolejnego dnia, kiedy już pies nie żył. Hmmm...

No i generalnie:

  • nikt u niej na wsi nie kastruje, to po co ona ma to robić? A choćby dla przykładu. U mnie też ludzie mają w dupie koty: ale nie patrzę na to, że spoglądają na mnie jak na idiotkę, tylko kastruję i dokarmiam bezdomniaki!
  • jej nie stać, bo zarabia XXX zł, z czego połowa idzie na leki. Ta połowa z XXX wystarczyłaby może na pół miesiąca jedzenia. A gdzie rachunki, opłaty? Same się opłacają? Internet jej wiaderkiem donoszą? 
  • ale na kosmetyki już ją stać - sprzedać, żeby mieć na kastrację: nie może, bo "próbuje, ale nikt nie chce". Cóż, Too Faced i inne tego typu są dość chodliwe, dziwi mnie brak chętnych: a może jednak brak chęci, by faktycznie wystawić je na sprzedaż?
  • MY - tzn. ja i dziewczyna, która również zwróciła jej uwagę jesteśmy fe, bo śmiemy ją umoralniać. I mamy sobie macicę usunąć, skoro kotu chcemy taką krzywdę robić 😂 A tak, ja osobiście: gdyby była legalna możliwość, to pierwsza idę pod nóż. Dzieci nie chcę, raka mam w genetycznym pakiecie, więc na jakieś 80% zachoruję, więc na co mi zbędny i potencjalnie groźny organ?
  • Najgorsze na koniec: kicia wyszła z domu i zostawiła młode. Oczywiście po co dokarmić, ogrzać. Leżą sobie i czekają, aż przyjdzie kocica. Choć po takim czasie mam obawy, że już nie da się ich uratować. Dla takiego oseska godzina bez ciepła mamy, 2 godziny bez jedzenia to wieczność, głód, wyczerpanie i śmierć... 😭

Choć w tej kwestii – jak widać wyżej – nadal panuje w naszym kraju, zwłaszcza na wsiach totalny ciemnogród, to boli, że młoda, wydawałoby się inteligentna dziewczyna zamiast wyciągnąć rękę po informacje, po pomoc, to szuka wymówek i żali się, że ją krzywdzimy tym, że przejmujemy się losem kici. 

Jeśli ktoś ma ochotę pomóc uświadomić mniej oporne jednostki: na fanpage jest filmik ze slajdami do udostępnienia (dzięki Agu za pomoc w napisaniu!), na Instagramie z kolei grafika + przypięta relacja, którą możecie skopiować i dorzucić u siebie. 











3/29/2018

Lifestyle: A może w drogę?

Cześć!

Z każdym kolejnym rokiem podróżowanie staje się łatwiejsze, jego koszty maleją. Coraz częściej wyruszamy w świat nie tylko w celach urlopowych, lecz na stałe zmieniamy miejsce zamieszkania. Mi samej marzy się wyjazd gdzieś, gdzie klimat jest znacząco cieplejszy niż u nas, choć mnie akurat trochę ogranicza paniczny lęk przed podróżą samolotem. No nie wsiądę na jego pokład i już! ;)


Tak samo jak my, Polacy, coraz częściej wyjeżdżamy w świat: w poszukiwaniu wymarzonej pracy i lepszych zarobków, w drodze za naszym partnerem, tak też i do naszego kraju przybywają cudzoziemcy. Już nie na "chwilę", by popracować miesiąc czy dwa, ale by zostać na stałe.

Jednak procedura zamieszkania w takim czy innym kraju nie zawsze jest tak prosta, jakby komuś się wydawało. To nie jest tak, że pakujemy się, jedziemy i tak, o! zaczynamy nowe życie. W każdym kraju obowiązują odpowiednie procedury, które zezwalają nowo przybyłej osobie na dłuższy pobyt, podjęcie pracy, a w końcu dają możliwość starania się o otrzymanie obywatelstwa danego kraju. Tak, papierkologia musi być wszędzie 😉, ale w wielu przypadkach jest konieczna.

Jak już wspomniałam: w różnych krajach procedury mogą się od siebie różnić, ale w Polsce są dwie drogi aby uzyskać obywatelstwo polskie. Obcokrajowiec może złożyć wniosek o jego nadanie bezpośrednio do Prezydenta – który jednak może  je nadać, ale nie musi. Wiecie, taka loteria, ale zawsze warto spróbować, bo a nuż się uda, co znacznie skróci czas oczekiwania na wymarzony dokument. Druga droga, zdecydowanie dłuższa (ale pewniejsza), to najpierw uzyskanie pozwolenia na pobyt, który musi trwać łącznie, nieprzerwanie przez 3 lata. Dodatkowo należy się wykazać znajomością naszego języka na średnim (B1) poziomie. Wówczas składa się wniosek do Wojewody, czeka trochę i już.


Jeśli śledzicie mnie dokładniej to wiecie, że pracuję zdalnie. "Moja" firma jest na drugim końcu Polski: a więc równie dobrze może to być drugi koniec świata, bo i różnica czasu mi nie straszna, w końcu typowa sówka ze mnie. Więc tak mi się marzy... Bo owszem: praca jest, jest dom, ale polski klimat to zupełnie nie moja bajka. Choć ogranicza mnie lęk przed lataniem, to i w zasięgu podróży lądowej jest wiele fajnych krajów, gdzie chętnie bym zakotwiczyła. Jednym z plusów takich przenosin jest na pewno fakt, że w wielu krajach życie jest zdecydowanie tańsze niż u nas. Owszem, na zarobki narzekać zbytnio nie mogę, ale jeśli w perspektywie jest możliwość odkładania na stare lata lwiej części wypłaty (no bo któż to wie, co nam zgotuje nasz kochany ZUS i rząd za kilkanaście lat), to czemu by nie?

Tak mi się marzy... i z każdym miesiącem, choć generalnie to cykor ze mnie, to coraz bardziej kusi mnie wizja rzucenia się na głęboką wodę. Bo przecież żyje się raz, więc czy warto tkwić w okowach lęku i przyzwyczajeń, skoro można spróbować czegoś nowego, uszczknąć z życia coś więcej?

Czy Wy zdecydowalibyście się na taki krok? Spakować walizkę, obrać cel i w drogę?













3/24/2018

Blogowanie: SHARE WEEK 2018

Cześć!

Już któryś rok z kolei trwa wiosenna akcja zainicjowana przez Andrzeja Tucholskiego. W tym roku i ja postanowiłam do niej dołączyć, ponieważ wiele z Waszych blogów śledzę od lat, jeszcze od czasów zanim sama zaczęłam blogować, więc najwyższa pora pokazać moim Czytelników moje ulubione miejsca w sieci :)



Na pierwszym miejscu ktoś, komu zazdroszczę 😉 Bo wiecie, Wiola ma bardzo podobny charakter do mnie (o ile mogę wywróżyć z pomiędzy wierszy jej notek i kilku rozmów), i w życiu prywatnym pewnie byśmy się nieźle dogadały. A czego jej zazdroszczę? Odwagi! Tak pisząc w jej stylu: nie pierdoli się i pisze, co myśli (a jej Stories to bajka😍). Dosadnie, nie bawiąc się w owijanie w bawełnę, czy też jak ja to określam: w owijanie gówna pazłotkiem. Nie boi się przekląć, choć – co jest już wyższą szkołą jazdy – robi to z wielkim wyczuciem: mimo, że oczywiście zawsze znajdą się osoby, które jej to wytkną. Ale spławia je w mistrzowski sposób 😋
No bo sorry, ale w realnym życiu każdy z nas niejednokrotnie zaklnie pod nosem (i nie tylko pod nim). Zazdroszczę jej tej odwagi, bo czasem (a nawet często) chciałabym mieć właśnie tę swobodę pisania, bez myślenia "bo nie wypada". Ja jednak mam głupie zahamowania, że pisząc coś publicznie jestem bardziej na cenzurowanym i choć nie jeden raz mielę różne *** pod nosem, to mam blokadę przed przeklikaniem tego na ekran monitora 😑
A teraz, nawet jakbym zebrała się na odwagę i wyluzowała z tym pilnowaniem tego jak piszę: cóż, Wiola jest tylko jedna, a nie chce być posądzona o plagiatowanie 😂







Kolejne miejsce przypada Natalii. Jeśli chcecie podszkolić się z robienia zdjęć: nie ważne czy do celów blogowych czy też zupełnie prywatnych, to jej blog jest idealnym miejscem dla Was. W przystępny sposób tłumaczy najbardziej zawiłe rzeczy związane z pstrykaniem fotek. Do tego spora nutka lifestyle: i nic, tylko zaglądać w oczekiwaniu na nową notkę. Dodatkowo co jakiś czas Natalia udostępnia swoim czytelnikom ciekawe materiały do pobrania, co jest z jej strony bardzo miłym gestem 😊 A jeżeli posiadacie własną fotoszopkę, to w sklepiku podpiętym do bloga możecie kupić sporo fajnych dodatków, które ułatwią Wam pracę w PSie.





Na koniec TOP 3 blog typowo urodowy (choć szczerze przyznam, że bardziej na bieżąco jestem z jego Instagramowym kontem 😛). Makijaże Gosi za każdym razem wywołują u mnie falę zachwytu i marzę, by kiedyś choć w niewielkim stopniu zbliżyć się ze swoimi umiejętnościami do tego, co ona potrafi 😍 Z kolei w jej recenzjach uwielbiam skondensowaną i przejrzystą formę: krótko i na temat, bez zbędnego rozpisywania się, z pięknymi zdjęciami!







Bezpośrednio do Share Week można zgłosić jedynie 3 pozycje, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, żebym w poście podsunęła Wam namiary na kilka innych blogów, na których bywam najczęściej.


  • Pasje Karoliny oraz Karografia to dwa miejsca w sieci prowadzone przez Karolinę. Pewnie spora część z Was ją kojarzy: taka dobra duszyczka bloggerowskiej części blogosfery 😘 "Pasje Karoliny" to blog trochę lifestyle, trochę urodowy. Kolejna osoba, której fotki oglądam z zachwytem! Z kolei "Karografia" to obowiązkowe miejsce dla każdej osoby, która prowadzi bloga na Bloggerze. Masa porad dotyczących blogowania, piękne szablony do pobrania: zarówno te darmowe, jak i bardziej rozbudowane: płatne. Jeśli jeszcze nie znacie Karoliny, to koniecznie musicie to nadrobić!
  • Hushaaabye to miejsce idealne dla fanek minimalizmu. Kiedy chcę odpocząć od kolorowych zdjęć beauty, to po raz setny przeglądam konto Insta Justyny 💞. Uwielbiam czytać jej wpisy: szczegółowe, doskonale opracowane, pełne ważnych, dokładnych informacji. 
  • Snaily Nails to blog, który powinna znać każda pazurkomaniaczka! Zdobienia w wykonaniu Żanety sprawiają, że za każdym razem trzeba zbierać szczękę z podłogi! Mega kopalnia inspiracji i ślicznych zdjęć 😊 















3/23/2018

Lifestyle: Czarny Piątek - marzec 2018

Cześć!

Wiem, że dzień już pomału się kończy, ale niestety w pracy miałam niezły kocioł, i dopiero teraz udało mi się znaleźć chwilę, by napisać parę zdań o temacie, który od jakiegoś czasu powraca jak bumerang.


Dzisiaj, po raz kolejny już, ludzie wyszli na ulicę, by zaprotestować przeciwko zaostrzaniu prawa aborcyjnego, do czego od dłuższego czasu próbuje doprowadzić nasz rząd. Mimo, że jestem kobietą, to mam nadzieję, że temat ten nie dotknie mnie nigdy bezpośrednio, jednak uważam, że mogę, a nawet powinnam wtrącić swoje "trzy grosze" na ten temat. Bo jedynie zupełny celibat dałby mi pewność, że sprawa nigdy mnie nie dotknie, a w celibacie żyć nie zamierzam 😉

Przypomnę, że obecnie aborcja w Polsce jest prawnie dozwolona w trzech przypadkach:

  • kiedy ciąża zagraża życiu lub zdrowiu matki
  • kiedy przesłanki medyczne wskazują na ciężkie, nieodwracalne uszkodzenie płodu lub nieuleczalną chorobę (tzw. aborcja eugeniczna)
  • kiedy ciąża jest wynikiem gwałtu

Obecne prace nad zaostrzeniem ustawy bezsprzecznie mają związek z naciskami kościoła oraz ruchów pro-life. Ja – mimo, że jestem osobą wierzącą – uważam, że obecnie dopuszczalne prawnie przypadki aborcji są jak najbardziej uzasadnione, i ten kompromis pomiędzy "wolną amerykanką" i aborcją na życzenie a jej całkowitym zakazem jest naprawdę dobrze wyważony i zupełnie nie rozumiem tak stanowczych dążeń do jego zmiany. Również wiele z argumentów wysuwanych przez "obrońców życia" jest dla mnie – powiem wprost – z dupy wziętych, nie mają one medycznego ani nawet etycznego uzasadnienia.

Dlaczego? Może po kolei: najpierw odniosę się do każdego z trzech powyższych punktów, na koniec dodając coś więcej.

1) Zagrożenie życia/zdrowia kobiety.
Przeciwnicy aborcji uważają, że kobieta ma urodzić dziecko za wszelką cenę, nawet, jeśli wszystko wskazuje na to, że zakończy się to jej śmiercią lub ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu. A ja się pytam: skoro są tacy pro-life, to czemu w tej sytuacji nie bronią życia kobiety, tylko płodu? Płodu, który w tym momencie prawdopodobnie* nie odczuwa jeszcze bólu, nie myśli. Kto daje im prawo do decydowania, że jedno życie jest ważniejsze niż inne? A co w sytuacji, kiedy kobieta ma już inne dziecko czy też dzieci? Ma umrzeć rodząc (lub próbując donosić) kolejne, tylko po to by osierocić pozostałe? W tej sytuacji na szali mamy już nie 1 życie za 1, ale w grę wchodzą kolejne.


2) Uszkodzenie lub ciężka choroba płodu
Ostatnio przemknął mi przed oczyma artykuł, gdzie rodzice cieszyli się, że nie wykonano aborcji, i przez kilka godzin mogli pobyć ze swoją córeczką. Że co proszę??? Jak można cieszyć się, że zafundowało się maleństwu kolejnych kilka godzin męczarni: nie wspominając już o ostatnich tygodniach ciąży, kiedy to dziecko również odczuwało ból i również cierpiało. Tygodnie bólu, które dziecko musiało znosić, tylko po to, żeby dwoje egoistów przez kilka godzin mogło popatrzyć na pokiereszowane, zniekształcone ciałko. To jest miłość rodziców? Według mnie NIE! Egoizm w najczystszej postaci: "bo MY chcemy ją zobaczyć". Ja rozumiem, że każdy ma inną psychikę, i być może widok dziecka jakoś pozytywnie wpłynął na pogodzenie się rodziców z faktem, że go tracą – ale nadal jest to pieprzony egoizm i zupełny brak empatii wobec tej małej istotki.

3) Ciąża w wyniku gwałtu
Jeżeli dwoje dorosłych ludzi wspólnie podejmuje decyzję o współżyciu, to mimo stosowania antykoncepcji zawsze muszą mieć świadomość, że może ona zawieść i kobieta zajdzie w ciążę. Ale w sytuacji, kiedy decyzja o seksie nie była wspólna, kiedy ciąża jest wynikiem przestępstwa, kiedy kobieta jest już wystarczająco udręczona faktem, że została ofiarą: to czemu ma być zmuszana do rodzenia dziecka, które jest wynikiem przestępstwa? Dziecka, które każdego dnia będzie jej przypominać o tragedii, jaka ją spotkała?



Ruchy pro-life i kościół, a pod ich naciskami wkrótce pewnie i rząd chcą sprowadzić kobietę do roli chodzącego inkubatora. Jej życie (a czasem i losy innych członków jej rodziny) stawiają niżej niż życie nienarodzonego jeszcze dziecka. Czy według Was jest to fair z etycznego i moralnego punktu widzenia? Skoro tak ostro walczą o życie, niech każde z nich stawiają na równi! Szalę tu powinny przeważać zarówno względy medyczne, jak i też świadoma i dobrowolnie wyrażona wola kobiety. Nikt przecież do aborcji kobiet nie ZMUSZA, prawda? Jeśli kobieta zechce urodzić dziecko, mimo groźby swojej śmierci: nikt jej nie może tego zabronić, nakazać jej aborcji. A fakt jest taki, że niezależnie od obowiązującego prawa: jeżeli kobieta – nawet przy obecnym stanie prawnym – ma "widzi-mi-się", żeby usunąć ciążę, to tak i tak zrobi to, tyle że nielegalnie**. Pieniądze w takiej sytuacji czynią cuda, podróż do kraju, gdzie prawo jest mniej restrykcyjne również nie jest trudna. W momencie, kiedy prawo zostanie zaostrzone – śmiem twierdzić, że wiele kobiet decydując się na ratowanie własnego życia: zarazem zaryzykuje je dokonując aborcji pokątnie: za pomocą ryzykownych sposobów odnalezionych w sieci, czy też u lekarza, który tak naprawdę nie ma wystarczającej wiedzy i doświadczenia czy warunków, by wykonać zabieg w sposób bezpieczny. Podziemie aborcyjne już pewnie zaciera rączki z radości, że przybędzie im pacjentek, i kasy...

Tak więc zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych, to nie tylko jeszcze większe ryzyko dla kobiet. To męczarnie, jakie przeżywa takie donaszane "na siłę" dziecko, które nie ma szans na przeżycie, czy normalne funkcjonowanie po urodzeniu.

Owszem, zdarzają się źle postawione diagnozy i dziecko, które miało być zdrowe: okazuje się chore, i na odwrót. Ale duża część winy leży tu po stronie rządu i NFZ, którzy nie dokładają wszelkich starań, by zagwarantować kobietom darmowy, swobodny, i co ważne: szybki dostęp do wszelkich możliwych, najnowocześniejszych metod badań, by z jak największą starannością można było ocenić stan zdrowia płodu.


*
Co prawda mimo wielu badań i postępów medycyny nadal jest ciężko to ustalić z większą dokładnością i stuprocentową pewnością, ale wbrew temu, co uparcie twierdzą działacze pro-life: płód przypuszczalnie (co do czego zgadza się zdecydowana większość badaczy tego tematu) zaczyna odczuwać ból dopiero gdzieś w okolicy 7 miesiąca ciąży. Tak więc prawidłowo i odpowiednio wcześnie przeprowadzona aborcja nie powoduje najmniejszego bólu u płodu, który w tym momencie nie ma wystarczająco wykształconego układu nerwowego, by cokolwiek poczuć. Za to w kolejnych tygodniach ciąży, która nieuchronnie ma się zakończyć porodem zdeformowanego, chorego dziecka to kilkanaście tygodni cierpień tego maleństwa. Czy to jest etyczne i takie "miłosierne": pozwalać na wiele tygodni bólu, tylko po to, by dziecko "pobyło" na świecie kilka godzin, może parę dni? Z których większość to będzie dalszy ciąg bólu...


Ludzie wychodzą na ulicę: i nie, nie tylko kobiety. Na szczęście coraz więcej mężczyzn interesuje się tą sprawą i dołącza do swoich żon, dziewczyn, sióstr, by głośno powiedzieć NIE planowanym zmianom. Bo skoro teraz jest – w moim odczuciu – sprawiedliwie, bo kobiety (i ich partnerzy) mają wybór,  to czemu banda z Wiejskiej i pro-life'owcy chcą zmuszać nas, kobiety do cierpienia, zmuszać do niego nienarodzone dzieci, których czas jest policzony nie w miesiącach ale godzinach, zmuszać mężczyzn do patrzenia, jak ich partnerki i dzieci cierpią, a oni mogą tylko bezsilnie się temu przypatrywać?

Po co zmieniać coś, co od tylu lat (w miarę**) działa?









3/21/2018

Pielęgnacja: Różany tonik do twarzy Magic Rose evrēe


Cześć!

W poszukiwaniu toniku idealnego dla mojej skóry sięgnęłam ostatnio po pachnący różami tonik w formie mgiełki od evrēe. Marka znana, polecana, tonik kosztował mnie ledwie dyszkę, więc czym prędzej wylądował w moim koszyku. Czy jestem zadowolona z zakupu?



Według opisu producenta tonik jest dość uniwersalny, przeznaczony zarówno do cery suchej jak i mieszanej. Nadaje się też jako orzeźwiacz, nawet gdy mamy na twarzy makijaż:

do skóry mieszanej i suchej
Wyjątkowy różany gest pielęgnacyjny! Bezpośrednia aplikacja na twarz za pomocą wygodnego atomizera przyczynia się do bardziej wydajnego wnikania składników odżywczych w skórę. Idealnie odświeża skórę i nadaje makijażowi naturalne wykończenie.
SKŁADNIKI AKTYWNE:
  • woda różana
  • kwas hialuronowy
DZIAŁANIE:
  • wycisza zaczerwienienia
  • poprawia kondycję skóry
  • przywraca naturalne pH
WYGODNA APLIKACJA W FORMIE MGIEŁKI


Stosuję mgiełkę Magic Rose już od ponad miesiąca, a ubytek jest znikomy. Wszystko to za sprawą idealnie dobranego rozpylacza, który dozuje równą, cienką warstewkę na twarz (no i dzięki bezpośredniej aplikacji połowa produktu nie wsiąka w wacik).

Kolejną jego zaletą jest cudowny, prawdziwie różany zapach – woda z róży damasceńskiej jest prawie na szczycie składu (tuż za zwykłą wodą). Mi osobiście zapach kojarzy sie ze słodką różą, którą moja babcia uprawiała w ogródku, a później z jej płatków robiła domową konfiturę 💖


Toniku używam zazwyczaj dwa do czterech razy dziennie. Pierwsza porcja o poranku, przed nałożeniem makijażu, później używam go w celu odświeżenia się. Kiedy siedzi się cały dzień przed komputerem, to taki przyjemny chłodek naprawdę pomaga się orzeźwić i odegnać zmęczenie. Tu muszę przyznać, że obietnica producenta została spełniona: Magic Rose nic a nic nie narusza makijażu. Dodatkowo, niezależnie od tego czy aplikujemy go na czystą skórę czy też na mejkap, mgiełka wchłania się szybko, ale uczucie odświeżonej skóry zostaje z nami na duzo dłużej.

Mimo regularnego używania toniku – niestety nie zauważyłam jakiegoś znaczącego poprawienia kondycji skóry. Może, może ma minimalnie mniejszą skłonność do przesuszeń (które mimo tłustawej cery dopadają mnie w kilku problematycznych miejscach), ale nie odnotowałam jakiegoś efektu WoW. Niemniej jednak jestem zadowolona z zakupu, bo nastawiałam się raczej na używanie go własnie w roli odświeżacza skóry, niżeli jako produktu typowo pielęgnacyjnego. No i moja skóra jest bardzo wybredna: nawet czysty kwas hialuronowy jej nie zadowala w 100%, więc od mieszanki tegoż z wodą różaną nie spodziewałam się lepszych efektów.

Mimo wszystko: jest to naprawdę fajny produkt i sądzę, że przy mniej humorzastej cerze sprawdzi się dużo lepiej. Zresztą ostatnio zauważyłam go w łazience mojej koleżanki i jej nastoletnia córka jest z niego bardzo zadowolona: o wiele bardziej niż ja. Tak więc, jak to zwykle bywa, co osoba to inna reakcja jej skóry na dany produkt. A tonik evrēe jest na tyle tani, że spokojnie można zaryzykować i na własnej skórze przekonać się, czy stanie się naszym ideałem!