1/16/2018

Pielęgnacja: Znana marka vs marka własna sklepu - pojedynek znanych żeli do mycia

Cześć!

Prysznic, kąpiel. Nieodłączny element każdego wieczora lub/i poranka. Skoro więc tak często używamy preparatów do mycia, to warto, by były nie tylko wydajne i przyjemne w użyciu, ale również przyjazne dla naszej skóry. Są osoby, które kupują tylko produkty znanych marek, są osoby kupujące co wpadnie do ręki, co tańsze. Jak wypadnie porównanie dwóch popularnych produktów?


Na placu boju mamy dziś dwa znane produkty. Żel do mycia Palmolive (produkowany przez koncern Cologate-Palmolive) kosztujący około 1,40 zł za 100 ml oraz Isana (marka własna sieci Rossmann) w cenie 1,33 zł za 100 ml. Cena porównywalna, ale jak z jakością produktu? Czy marki własne sieciówek dorównują produktom będącym na rynku od lat?

Żel do mycia Palmolive Exotic Orchid vs żel do mycia Isana Limonka i bazylia

Opakowanie:

Palmolive wygrywa tutaj objętością (500 ml w porównaniu do 300 ml Isany) i wygodniejszym pojemnikiem. Oba zamknięcia są porządnie wykonane, ale w Palmolive fajnym akcentem jest nieregularny kształt pokrywki. Na plus dla Palmolive jest też matowy plastik, z którego wykonano butelkę – dzięki temu łatwiej utrzymać go w mokrych dłoniach. Niestety przy Isanie cała butelka zakryta jest śliską folią, choć to ona nadaje opakowaniu bardzo fajnego wyglądu.


Zapach:

Tu oczywiście w grę wchodzą wyłącznie subiektywne wrażenia, każdej z nas może podobać się zupełnie inny aromat. Palmolive bardziej kojarzy mi się ze zwykłymi kwiatami, niż typowo egzotycznym zapachem orchidei, ale jest bardzo przyjemny, pozostaje na skórze dość długo. W moim osobistym odczuciu: tu wygrywa Isana. Świeży zapach limonki, z bazylią ukrytą gdzieś w tle jest bardzo orzeźwiający, idealny do porannego prysznicu.

Konsystencja i wydajność:

Jak widzicie na powyższym zdjęciu: Palmolive jest gęsty i kremowy. Wydawałoby się, że powinien być znacznie wydajniejszy od rzadszego, wręcz wodnistego żelu Isany. I tu niespodzianka! Żelu Isany zużywam podczas mycia znacznie mniej niż jego konkurenta. Wiem, że to zasługa wspomagaczy dodanych do składu, i nie każdemu ona służą, ale ja uwielbiam mocno pieniące się produkty, nie znoszę co chwilę dobierać kolejnej porcji żelu. Tak więc mniejsze opakowanie Isany wystarczy nam na tak samo długo, jak znacznie większa butelka Palmolive. Kolejny plus dla Isany!


Wpływ na skórę:

Moja skóra jest mało wymagająca, więc nie do końca jestem dobrym odnośnikiem do tego porównania: ale mimo wszystko odczuwam różnicę pomiędzy Palmolive a Isaną. Na moją skórę lepiej (dłużej) działa Isana. Po Palmolive: owszem, skóra jest miękka i przyjemna w dotyku, ale tylko przez chwilę, po Isanie uczucie to utrzymuje się u mnie zdecydowanie dłużej.
Kolejnym plusem Isany jest lepszy skład: jak już kiedyś Wam wspominałam korzystam z analizatora składów, i pokazuje on jasno, że w składzie Palmolive jest sporo półproduktów oznaczonych czerwoną, ostrzegawczą lampką. Przy Isanie nie ma zaś ani jednego, choć pomarańczowych średniaków również kilka się pojawia.

Podsumowanie:

Jeszcze jakiś czas temu marki własne były traktowane po macoszemu. Zarówno przez producentów (chcących zaoferować cokolwiek w jak najniższej cenie), jak i przez konsumentów, którzy po paru spotkaniach z takimi beznadziejnymi tanioszkami nabierali do nich zrozumiałej urazy. Na szczęście te czasy mijają bezpowrotnie: producenci znanych sieciówek, zawierając olbrzymie kontrakty, mogą obniżyć cenę produktu bez straty na jego jakości. Przykładem może być właśnie Isana, która często przewija się na blogach, hitem są też sieciówkowe marki z niemieckiego DM (jak chociażby Balea).

Zła sława marek własnych odchodzi w zapomnienie, a my możemy cieszyć się naprawdę fajnymi kosmetykami za cenę zdecydowanie niższą, niż produkty, na których reklamę wydawane są krocie, co przekłada się oczywiście na ich cenę końcową.









1/06/2018

Ludzie: Rodzicu - POMYŚL czasem!

Cześć!

Tak robię sobie właśnie poranną prasówkę, przeglądam Facebooka. I trafiłam na jednej z grup na post, którego temat już dawno chodził mi po głowie. Jako, że nasz kochany Facebook uznał moje 3(!) udostępnienia postu za spam :P i mam chwilową blokadę na udzielanie się w grupach: stwierdziłam, że moje trzy grosze wtrącę tutaj.


Każdy z nas wrzuca czasem jakąś fotkę do sieci. A to, żeby pochwalić się nową fryzurą, egzotyczną wycieczką, czy po prostu pokazać jakieś ciekawe ujęcie. Ale czy robicie to z głową? Jesteście pewni, że za jakiś czas nie będziecie żałować umieszczenia tego zdjęcia? A może pokazaliście na nim za dużo?

Zacznę od rozprawienia się z mitem, który krąży po zakamarkach Facebooka. Nie – wrzucając na niego zdjęcie nie tracicie do niego praw autorskich; ani osobistych (te są zawsze niezbywalne: czyli informacja o tym, kto jest autorem), ani majątkowych. Krótko mówiąc: nikt nie może bez Waszej wyraźnej zgody pobrać zdjęcia, wykorzystać go w jakiś sposób. Samo prawo majątkowe (czyli możliwość komercyjnego użycia zdjęcia i zarabiania w bezpośredni/pośredni sposób na nim) możecie odstąpić/odsprzedać. Niestety u wielu ludzi nadal pokutuje to błędne przekonanie, na dodatek bardzo chętnie je rozpowszechniają: "Przecież jest na Fb to mogę korzystać".

Ale wrzucanie zdjęć do sieci wiąże się również z innymi zagrożeniami, o których bardzo często zapominamy. Czy zastanawiałeś się kiedyś, że informacja o zagranicznym wypadzie całej rodzinki może być sygnałem dla jakiegoś włamywacza, że "O! tu warto zajrzeć?" Że pokazywanie drogiego sprzętu, wyposażenia domu to komunikat: "U nich się obłowię"? Ale okey, jesteście dorośli, więc w tej sytuacji możecie stracić "tylko" kasę – choć gdy złodziej napotka w domu np. osobę, która przyszła podlać kwiatki, nakarmić kota: też może się to skończyć znacznie gorzej.

Jest jednak pewna grupa ludzi, która wiedzie prym w bezmyślnym wrzucaniu zdjęć na Facebooka. Rodzice, a głównie mamy: zafiksowane (tak, nie waham się użyć tego określenia) na punkcie własnego dziecka. Ja rozumiem, że kochasz swoje maleństwo i chcesz się chwalić nim na prawo i lewo: chociaż powinnaś brać poprawkę, że nie wszyscy chcą je wciąż oglądać. Ale w tej gromadce przeważają kobiety, które nawet nie potrafią (a może nie chcą) ustawić widoczności zdjęć na "tylko znajomi" i pokazują swoje dziecko całemu światu. Naprawdę: Facebook to nie miejsce na tworzenie pamiątkowego albumu!


O ile rozumiem wrzucenie od czasu do czasu kilku zdjęć z ważnych uroczystości, jakiejś fotki niemowlaka (którego twarz szybko się zmienia, i wkrótce ciężko go będzie nawet zidentyfikować) w uroczym ubranku, to niektórych matek nie rozumiem wcale. 10 zdjęć dziennie: naprawdę nie masz żadnego życia poza niańczeniem dziecka? 24h na dobę patrzysz w nie, jak w obrazek, nie robiąc nic innego, niczego tylko dla samej siebie?
Zdjęcie na nocniczku, zdjęcie z kąpieli, wyprawa na plażę i dzieciak biegający po niej na golasa. Serio?! Owszem, pedofile istnieli zawsze, ale dzięki takim fotkom, udostępnianym publicznie, mają znacznie prostszą niż dawniej drogę do uzupełniania swojej kolekcji zdjęć.

Odnośnie plażowych fotek: osobiście potępiam sam fakt puszczania dzieciaczka, często już dość wyrośniętego, bo 3, 4 letniego, zupełnie gołego. Tak, na plaży też możesz trafić na zboczeńca, pedofila. Jeśli sama opalasz się toples: Twój wybór, powinnaś mieć świadomość, że poza rasowymi zboczeńcami – jakieś 3/4 facetów tak i tak zahaczy wzrokiem. Ale narażać dziecko na to, że jego fotka, nawet już niekoniecznie zrobiona przez Ciebie, trafi do fapfolderu zboczeńca?

Pomijając pedofilów: czy nie uważasz, że wstawianie fotek roznegliżowanego dziecka to obdzieranie go z prywatności i godności, nad którą to Ty, do pewnego momentu, masz obowiązek czuwać? Czy wrzucając zdjęcie maleństwa z rozłożonymi nogami, podczas zmiany pieluchy: zastanawiasz się, co ono poczuje za 10-15 lat, kiedy znajdzie w sieci takie zdjęcie? Jesteś pewna, że rzuci Ci się na szyję mówiąc "dziękuję"? Jakoś nie sądzę. Będzie złość, wstyd, zawód.

Zastanów się 10 razy, zanim uznasz, że zdjęcie nadaje się do publikacji.









1/01/2018

Pielęgnacja: Maska algowa DIY - mój przepis, działanie

Hej!

Walki z trądzikiem ciąg dalszy. Temat zawsze aktualny, a może zwłaszcza teraz, przed karnawałowymi imprezami, kiedy chcemy, by nasza twarz prezentowała się lepiej, niż zazwyczaj. Dzisiaj prosty (i w ostatecznym rozrachunku naprawdę tani) przepis na świetną maseczkę. Na dodatek spełni ona wymagania osób, które kochają kosmetyki naturalne!


Kosmetyki naturalne? Naturalnie!


Mimo, że na sporo naturalnych ziół i wyciągów jestem uczulona, to w miarę możliwości staram się zastępować chemiczne koktajle, serwowane nam przez producentów kosmetyków, czymś co pochodzi wprost z natury. Na szczęście do tej pory nie przytrafiła mi się żadna alergia, ale mimo to zawsze dmucham na zimne, i każdorazowo wykonuję próbę uczuleniową. Nawet, jeśli już jakiś czas temu miałam styczność z daną substancją: bo alergia to podstępna bestia, i może zjawić się znienacka.

Tym razem, po raz kolejny już, postawiłam na zakupy w znanym chyba większości blogerek sklepie z półproduktami – Mazidła. Sklep ten jest o tyle fajny, że oprócz pojedynczych substancji ma w swojej ofercie również "gotowe" preparaty. Zamawiając taki produkt: otrzymujemy odmierzoną ilość każdej substancji wraz z instrukcją wykonania. Może nie każdemu podoba się zabawa w małego chemika, ale są plusy takich zestawów. Po pierwsze: wiemy dokładnie co znajduje się w zrobionym preparacie. Po drugie mamy pewność, że wszystko jest świeżutkie, i nie stało nie wiadomo jak długo w jakimś magazynie. Sama prawie 2 lata temu miałam okazję robić taką mieszankę, o czym pisałam ->TUTAJ <-

Oto, jak prezentuje się zawartość paczki z moim zamówieniem. Na plus dla sklepu jest też fakt, że zawsze porządnie pakują poszczególne buteleczki i słoiczki, i nawet szklane rzeczy nie mają szans, żeby się uszkodzić podczas transportu. Tym razem w zamówieniu był sam plastik 😁, ale warto wiedzieć, że nasze zamówienie jest zawsze bezpieczne!


W dzisiejszym wpisie skupimy się jedynie na składnikach do maski (podaję ceny tych pojemności, które sama kupiłam, czyli najmniejszych), o naturalnym konserwancie (EDTA) wspomnę przy okazji opisywania moich innych mieszanek. Podstawowe składniki, które zawiera przeciwtrądzikowa maska algowa to:
Maska algowa - jej koszt to niecałe 9 zł, a jest naprawdę bardzo wydajna! I jak sama nazwa wskazuje: możecie jej używać bez żadnych innych dodatków, mieszając ją tylko z wodą. Ja jednak potrzebuję czegoś o większej mocy 😉, więc używam jej jako bazy: stanowi około 80% suchej bazy.

Wszystkie (...) składniki maseczki działają synergistycznie, rewitalizują, oczyszczają, wzmacniają i poprawiają sprężystość i nawilżenie skóry.
Maska może być także wehikułem dla substancji aktywnych – jej składniki pozwolą wprowadzić je głębiej i spotencjalizują ich działanie poprzez uruchomienie systemów enzymatycznych.
Substancje aktywne: biokrzem; mikroelementy (brom, cynk, jod, wapń, żelazo, miedź, magnez i mangan); alginat

Kolejny składnik, który dodaję to spirulina, która kosztuje niecałe 5 zł.  Jest bardzo uniwersalna, bo jeść ją też można, choć ja jakoś nie mam na to ochoty 😂 O zdrowotnych właściwościach spiruliny można napisać epopeję, już opis jej działania na skórę jest bardzo obszerny:

Efekty stosowania:
* doskonałe nawilżenie skóry, która staje się miękka i gładka;
*przyspieszone gojenie się podrażnień i zaczerwienień - jest stymulatorem wzrostu i odnowy komórek naskórka;
*regulacja pracy gruczołów łojowych;
*wzmocnienie naczyń krwionośnych;
*złagodzenie trądziku oraz zmian skórnych spowodowanych trądzikiem;
*wzmocnienie płaszcza wodno-lipidowego skóry, chroniącego ją przed szkodliwym wpływem środowiska;
*wzrost odżywienia i jędrności skóry;
*ogólna poprawa wyglądu i kolorytu skóry;
Substancje aktywne: proteiny; witaminy (beta-karoten, E, D, K. B1, B2, B12, B9); mikroelementy (magnez, cynk, selen, żelazo, potas, sód, miedź, fosfor, mangan); polisacharydy; NNKT (GLA); pigmenty (chlorofil, fikocyjanina).
Aplikacja: w postaci maseczek o działaniu przeciwzmarszczkowym, gojącym, regenerującym, przeciwzapalnym i przeciwtrądzikowym dla wszystkich rodzajów cer ze szczególnym uwzględnieniem osób z cerą tłustą i trądzikową, dojrzałą, podrażnioną działaniem kwasów i retinoidów oraz nadmierną ekspozycją na słońce.



Następnie dodaję karagenian (7 zł), który sprawdzi się również na włosach:

Właściwości kosmetyczne:
*silnie nawilżające dzięki zdolności do tworzenia filmu ochronnego na powierzchni skóry ograniczającego TEWL;
*rewitalizujące suchą i zniszczoną skórę;
*przeciwzapalne;
*przyspieszające procesy gojenia uszkodzonego naskórka;
*napinające i ujędrniające skórę - efekt liftingujący;
*uelastyczniające;
*ochronne, reperujące i nawilżające włosy, które stają się gładkie i lśniące.
A jeżeli zdarzy mi się dodać za dużo wodnych składników, to ratuję się czystym alginatem (5 zł), który oprócz właściwości zagęszczających również bardzo dobrze działa na skórę:

Właściwości kosmetyczne:
*nawilża oraz chroni skórę i włosy przed wpływem niekorzystnych czynników zewnętrznych;
*poprawia ukrwienie skóry i jej aktywność metaboliczną;
*redukuje tkankę tłuszczową;
*redukuje zaczerwienienia i podrażnienia;
*działa immunostymulująco, czyli aktywizuje system obronny skóry;
*działa detoksykująco;
* jest źródłem ważnych, bezpiecznych i łatwo przyswajalnych dla skóry substancji odżywczych;
* napina i ujędrnia skórę - efekt liftingujący;
*działa antyoksydacyjnie

Do maski dodaję zazwyczaj parę kropli kwasu hialuronowego, czasem olejku herbacianego lub smaruję twarz olejkiem pod maskę, kilka minutek przed jej nałożeniem. Zamiast wody: hydrolat oczarowy lub woda różana.

Proporcje są raczej dowolne: jak wspomniałam na początku zdecydowaną większość stanowi maska algowa, reszta składników:

  • spirulina: około pół płaskiej łyżeczki
  • karagenian: około 1/6 płaskiej łyżeczki, dosłownie bryłka wielkości paznokcia
  • składniki mokre: olejki, kwas hialuronowy po kilka, kilkanaście kropli, woda (hydrolaty itp) aż do uzyskania pożądanej konsystencji

Jeśli jest konieczność dodania zagęszczacza to zaczynam od szczypty, i w razie potrzeby dosypuję. Maskę należy intensywnie mieszać, ma mieć konsystencję gęstego budyniu. W zależności od ilości użytej spiruliny maska zmienia się od bladozielonej aż do Shreka w najczystszej postaci 😁


Maska na trądzik – efekty:


Uwaga – pierwszego użycia nie zalecam przed ważnym dniem! 😂 Maska natychmiastowo "wyciąga" z pod powierzchni skóry wszelkie niespodzianki, które normalnie pojawiałyby się stopniowo przez kilka następnych dni. Identyczna reakcja nastąpiła u mojej matki, która dała się namówić na zużycie nadmiaru mieszanki. Ja przed testem nie miałam jakiejś tragicznej cery, zwłaszcza jak na mnie, matka owszem, ma mieszaną cerę, ale w jej wieku jakiekolwiek niedoskonałości to rzadkość. Już w trakcie zdejmowania maski zauważyłyśmy po kilka białych punkcików, przez kolejne godziny pojawiały się sukcesywnie inne. Przy kolejnych użyciach już nie ma tak spektakularnego efektu, bo przy nakładaniu maski 2 razy w tygodniu po prostu sebum nie ma czasu, żeby zebrać się w większej ilości pod skórą. No i właśnie o to chodzi, żeby oczyszczać skórę nie tylko powierzchniowo, ale dogłębnie.

Do tej pory bardzo chwaliłam sobie kilka różnych masek oczyszczających, ale dopiero teraz widzę, że działają ona raczej na zewnątrz, poprawiając jedynie wygląd skóry, a nie jej rzeczywistą kondycję.
Nie, nie mam zamiaru odstawić w kąt moich saszetkowych zapasów, bo "sklepowe" maseczki nie są jakieś tragiczne (przynajmniej nie wszystkie 😉), i jest ich tak ogromny wybór, że aż żal nie przetestować. Wiele z nich doskonale sprawdzi się przy mniej problematycznej cerze niż moja, są też świetnym rozwiązaniem gdy nie mamy czasu bawić się we własnoręczne kręcenie mazideł.

Może dziwicie się, że pisałam wyżej, że jest to tania maska, skoro koszt składników to prawie 30 zł. Ja jednak podałam ceny najmniejszych opakowań, bo wzięłam je na próbę. Teraz już wiem, że kolejne zamówienie to będą większe objętości, a wiecie, że zawsze wychodzą one znacznie taniej (niektóre nawet do -30%). Kolejna rzecz to wydajność. Do tej pory (wliczając w to nadmiary, które zwłaszcza na początku zdarzało mi się przygotować) wykonałam około 7 porcji maski, a Maski Algowej, której zużywa się najwięcej mam jeszcze pół opakowania. Licząc więc podstawowe składniki koszt jednej maseczki to około 2 złote – mniej więcej tyle kosztuje saszetka naładowana chemią.

Rzutem na taśmę: moim kosmetycznym hitem ubiegłego roku zostaje ta mikstura 💜












----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Źródła:

  • wszystkie opisy składników pochodzą ze sklepu z półproduktami:  Mazidła

12/30/2017

KONKURS: 2 nagrody do wygrania

Cześć!

Ten post będzie króciutki: pełne info o nim na Fanpage, a tutaj możecie zgłaszać swoje odpowiedzi, jeżeli chcecie walczyć również o nagrodę nr 2 :)




No i jeszcze rzut oka na nagrody:



Czekam na Wasze zgłoszenia!









12/25/2017

W szafie: Nowości - nie tylko zimowo!

Cześć!

Początkiem grudnia dotarło do mnie zamówienie z Zaful. Sporo tego, więc zanim udało mi się przekonać, jak sprawują się ciuszki w noszeniu i praniu: minęło troszkę czasu. Dlatego dopiero dziś zapraszam Was na przegląd moich nowości. Na przekór zimie (której na szczęście na razie nie widać) – część zamówienia to ubrania bardziej wiosenno-jesienne czy wręcz letnie.


⸭⸭⸭

Na początek biała bluzeczka, którą zamówiłam z myślą o cieplejszych dniach. Niestety lekko się zawiodłam: na zdjęciach, które możecie zobaczyć TUTAJ rękawy wyglądają na proste. Okazało się, że są wyraźnie poszerzane, na dodatek owerlok, którym szyta jest koronka trochę wystaje poza rękaw. Na szczęście gruba, mięsista (ale miękka i przyjemna) koronka pozwala na bezproblemowe przerobienie tego szczegółu. Biały szyfon, z którego wykonano resztę bluzki jest minimalnie przezroczysty, ale nie na tyle, by pokazywać za dużo. Dobrze dobrany, cielisty biustonosz załatwi sprawę 😊


⸭⸭⸭

Kolejna rzecz, jaką zamówiłam, to luźny, oversize'owy golf w drobne paski. Zauroczył mnie jego krój, na żywo wygląda jeszcze lepiej, niż na TYCH zdjęciach. Na moich też wyszedł średnio, ledwo stojący na skręconej nodze facet jest kiepskim fotografem 😂 Wykrój pod pachami lekko nawiązuje do motylka/nietoperza, choć nie jest aż tak luźny. Rękawy zaczynają być obcisłe dopiero tuż nad łokciem, plecy są zauważalnie dłuższe niż przód. Materiał jest sztuczny, ale przyjemny w noszeniu; chłodnawy, lekko naciągliwy.


⸭⸭⸭

Bluzeczka w cętki to ukłon w stronę mojej ukochanej szarości. Przyjemna, cienka bawełna, z minimalną domieszką elastycznego materiału sprawia, że ciuszek jest bardzo przyjemny w noszeniu. Print umieszczono także na plecach. Niby prosty fason, ale bluzeczka ma w sobie to "coś", co sprawiło, że od razu przyciągnęła mój wzrok!


⸭⸭⸭

Tę bluzę pokazywałam Wam już na Insta 😂 No po prostu musiałam ją wrzucić do koszyka! Żarówiasty kolorek, tak na odmianę po tych wszystkich stonowanych barwach, oraz ironiczny napis nawiązujący do Świąt. Jest MEGA! Gruba, cieplutka bawełna sprawia, że noszenie jej jest niezwykle komfortowe. Mogłam co prawda wziąć rozmiar większą, bo tego typu bluzy lubię nosić obszerniejsze, ale tragedii nie ma. 


⸭⸭⸭

Sweter to była moja miłość od pierwszego wejrzenia 💜 Jak tylko go zobaczyłam, to wiedziałam, że musi być mój! Jak pokazywałam koleżance zamówienie, to śmiałam się, że jest tak paskudny, że aż cudowny. Taki w stylu a'la lump z pod sklepu 😂😁 Tu też moje preferencje sprawiają, że rozmiar większy byłby lepszy, ale mimo to nosi się go fajnie. Te wszystkie dziury i stercząca włóczka nadają mu niebanalnego charakteru. 


⸭⸭⸭

Kolejna bluzeczka to bardzo uniwersalny fason na wiosnę/lato. Będzie dobrze wyglądać zarówno w eleganckim zestawie, jak i tym bardziej na luzie. Jej kolor chyba stałych bywalców Kociołka nie dziwi, prawda? 😉 No i te rękawy: wykończone mankietem z tasiemkami, które możemy puścić zarówno luzem, jak i związać w uroczą kokardkę. No i po raz kolejny pojawia się krój z dłuższym tyłem, cóż, kocham takie kroje.


⸭⸭⸭

Na koniec dwa drobiazgi, które dorzuciłam do koszyka. Urocza bransoleta z moim znakiem zodiaku oraz podwójny pierścionek. Pierścionek fajnie będzie wyglądał jako dodatek na zdjęciach mani. Bransoletkę niestety muszę jakoś skrócić: nawet po najciaśniejszym jej zapięciu jest na mnie trochę luźna, więc spokojnie 1-2 cm mogę ciachnąć. Sposób jej wykonania sprawia, że nie powinno być z tym żadnego problemu. Tę i inną biżuterię kupicie w dziale Akcesoria.


Generalnie całe zamówienie oceniam bardzo na plus! Nawet te rzeczy, które tuż po dotarciu do mnie były "na styk" nie pójdą w kąt: muszę się Wam pochwalić, że po miesiącach różnych kombinacji moja waga w końcu drgnęła w dół 😋 Nawet przy okazji Świąt staram się nie szaleć z jedzeniem, pomału dołączam większość aktywność fizyczną, i mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła pochwalić się Wam jakimiś większymi efektami 😉

Co z mojego zamówienia podoba się Wam najbardziej? A może macie jakieś ciekawe rzeczy na oku? 









12/14/2017

Pielęgnacja: Żel pod prysznic Le Petit Marseillais Truskawka

Cześć!

Jakiś czas temu dostałam się do kolejnej już (a dla mnie drugiej) kampanii ambasadorskiej Le Petit Marseillais. Na samym początku pokazywałam Wam "na gorąco" na Insta całą paczuchę. Niestety z powodu szaleństwa, jakie mam ostatnio w domu dopiero dziś udało mi się przygotować zdjęcia do wpisu. 


Żel dotarł do mnie ponad miesiąc temu, więc miałam dłuższą chwilę na jego przetestowanie – ale oczywiście, jak to ja, nie używałam go przez ten cały czas bez przerwy, bo nie lubię monotonii i zawsze mam otwartych kilka żeli równocześnie. Jednak, by sprawdzić jak będzie się zachowywać skóra przy dłuższym użytkowaniu: najdłużej używałam go prawie półtorej tygodnia, mój M. też często po niego sięgał.

Paczkę pokazywałam na Instagramie, niestety zapomniałam zrobić zdjęcie, więc po prostu wrzucę poniżej filmik prosto z Insta, żebyście zobaczyli, jak wyglądała całość przesyłki:


Żel + 20 saszetek próbek + uroczy zaparzacz do sypanej herbaty lub ziółek: ciekawy zestawik 😊

Co o żelu pisze producent?


Wyjątkowa delikatność – formuła, jakiej pragnie Twoja skóra
Delikatny żel pod prysznic Le Petit Marseillais Truskawka dzięki lekkiej pianie łagodnie oczyszcza skórę, otulając ją delikatnym, apetycznym zapachem. Twoja skóra po prysznicu staje się nawilżona i odświeżona.
pH neutralne dla skóry
Testowany dermatologicznie
Biodegradowalna baza myjąca
Wzbogacony o składniki roślinne pochodzenia roślinnego


Żel Le Petit Marseillas Truskawka - co o nim sądzę?

Żel został zamknięty w standardowym dla marce opakowaniu o pojemności 400 ml. Opakowanie jest proste, w kształcie prostopadłościanu, więc wygodnie leży nawet w śliskich dłoniach. Zapach? Obłędny! Co prawda wyraźnie czuć, że jest to chemiczny aromat truskawki, i łatwo odróżnić go od zapachu prawdziwych owoców, ale nie jest to taka nieprzyjemna w odbiorze chemia. Wyraźnie czuć podrasowaną truskawkę, intensywną i wwiercającą się w nos. Ja takie zapachy uwielbiam!

Jak widzicie na fotce poniżej: żel ma różowawy, półprzezroczysty kolor. Jest dość rzadki – więc należy uważać przy dozowaniu go, by nie spłynął z dłoni czy gąbki. Jednak dzięki tej konsystencji i mocnemu pienieniu się jest bardzo wydajny. Saszetka z próbką spokojnie wystarcza na jedno użycie, a butelka jakby nie miała dna. 


Nawet przy ciągłym użytkowaniu przez parę dni: nie zauważyłam jakiegoś zwiększenia nawilżenia skóry. Jednak krzywdy też nie robi: spełnia swoją rolę myjącą, do tego cudowny zapach (który otula skórę na długo!) sprawia, że kąpiel czy prysznic z jego użyciem stają się przyjemnością. Zamykając oczy możemy zapomnieć o wietrze i zimnie na zewnątrz, przenosimy się wspomnieniami do lata wypełnionego słońcem i zapachem świeżo dojrzałych owoców. 

Żel LPM nie jest może moim hitem numer jeden, ale naprawdę bardzo lubię ich produkty. We wcześniejszej kampanii testowałam Pielęgnujący Żel, który wspominam naprawdę mile, czasem mi czy mamie zdarzy się kupić jakiś ciekawy zapach. I to właśnie chyba zapachy są największym atutem żeli LPM. Cena również nie należy do najwyższych, więc warto po nie sięgnąć!