12/06/2017

Włosy: Jak przyspieszyć wzrost włosów? Sprawdzone kosmetyki przyspieszające porost włosów - mój zestaw must have!

Hej!

Mimo, że moje włosy z reguły rosną dość szybko, to ostatnimi czasy szukałam sposobu, by zahamować ich wypadanie i sprawić, by zastopowane tempo wzrostu wróciło do normy. Chcę Wam dziś przedstawić mój zestaw ratunkowy, dzięki któremu czupryna wróciła do dawnej gęstości. I znów rosną mi do 3-4 cm na miesiąc, gdzie przez jakiś czas praktycznie stały w miejscu.


Nie są to wszystkie kosmetyki, które stosowałam przez ostatni rok. Szampon hamujący wypadanie włosów miał swój post już jakiś czas temu. Chwalę sobie olejek łopianowy z Green Pharmacy z dodatkiem papryczki, i również dodaję go do zestawu ze zdjęcia niżej. 

Słowem wstępu dwa wyjaśnienia:

  • wspominałam Wam już nie raz, że moje włosy mają tendencję do obciążania, i PO myciu nie nakładam już nic. Kosmetyki pielęgnujące, czy takie zestawy jak dzisiejszy nakładam na skalp 2-3 godziny przed myciem włosów, przy okazji wykonując masaż, dodatkowo zakładam folię i ręcznik, by zapewnić ciepło, które poprawia krążenie: a więc powoduje głębsze wnikanie kosmetyków
  • NIE, nie zaczęłam od stosowania tego zestawu na raz, w całości. Każdy pojedynczy produkt to najpierw próba uczuleniowa, później samodzielne stosowanie. Następnie, po próbie: do zestawu dorzucałam kolejny produkt. Czasem przygotowuję mieszankę na kilka użyć w opakowaniu po starej odżywce, czasem mieszam na bieżąco. Czasem są to 2-3 produkty, czasem i 5. Zależy co akurat mam na stanie, czy chcę odżywić włosy bardziej lub mniej. 


O szamponie już pisałam (zeszłej zimy dopadło mnie takie wypadanie włosów, ze po zakupie turbo szczotki do odkurzacza: 90% tego, co zebrała, to były moje kudły wbite w długowłosą wykładzinę 😂), więc dziś o maskach, wcierkach itp.

Bania Agafii: mój hit. Uwielbiam te saszetki z zakrętką, poręczne, a producent pomyślał o sensownym zamykaniu. Kupuje na zmianę wszystkie, które w nazwie mają coś w stylu "na porost", "przeciw wypadaniu". Ta ze zdjęcia to maska do włosów - super silna - wzmocnienie, stymulacja wzrostu. ma beżowy kolor i przyjemny, ziołowy zapach. Ma 7 głównych składników, m. in. olej cedrowy, łupiny z cebuli, mech dębowy – i co ważne jest w 100% naturalny. Mimo, że później używam szamponu, to włosy są po niej odczuwalnie bardziej miękkie i mniej podatne na plątanie, a skóra głowy odświeżona. Ostatnio dokupiłam również saszetkowy Szampon - aktywator wzrostu, ale jeszcze go nie używałam.

Fioletowa butelka to jałowcowa Bania Przeciw wypadaniu włosów. Ma zielonkawy kolor, intensywny zapach jałowca oraz rzadszą konsystencję niż jej saszetkowe siostry. Moje ulubione zamknięcie na uchylny klik to kolejny plus! Efekty podobne jak po saszetce - miękkie i gładkie włosy.

Drożdżowa maska Babci Agafii to już moje kolejne opakowanie. Drożdżami prawie jej nie czuć, ma przyjemny, kremowy zapach, lekko lejąca konsystencję. Również bardzo ją lubię 😊

Eliksir ziołowy Green Pharmacy jako jedyny czasem stosuję po myciu, bo ma bardzo lekka formułę. Jest to zupełnie bezbarwny, typowo wodny spray o delikatnym zapachu – skrzyp, łopian i inne zioła tworzą delikatna kompozycję zapachową, która zupełnie nie jest drażniąca: wręcz przeciwnie. Suptelny, przyjemny zapach otula włosy i uprzyjemnia jej stosowanie. 

Andrea to znany większości włosomaniaczek eliksir prosto z Chin. Jak zawsze powtórzę: nie namawiam do używania, musi to być Wasza autonomiczna decyzja. Jednak wśród dziewczyn używających jej jeszcze nie trafiłam na zupełnie negatywne opinie typu uczulenia czy podrażnienia: czasem po prostu u jednych działa słabiej. Dużo tez zależy od partii, na jaką trafimy podczas zakupu: nawet Chińczycy podrabiają chiński produkt, który stał się tak popularny! Osobiście używam jej również czasem (jak sobie przypomnę 😉) na brwi.

Tak jak już wspomniałam: najczęściej używam mieszankę większości z nich, nakładaną i wmasowywaną w skalp, noszoną przed zmyciem przez kilka godzin. Czasem dodaję olej arganowy lub kokosowy, czasem inne odżywki. Totalny miks i improwizacja.

Powyższy zestaw oceniam na maksa, po znów mam gęste włosy, które rosną jak szalone!









12/02/2017

W szafie: Zamówienie z Banggood

Cześć!

Niedawno dotarła do mnie przesyłka z Banggood, więc przyszła pora, by ja Wam dokładniej pokazać. Pierwszymi wrażeniami dzieliłam się z Wami na instagramowym Stories, teraz czas na szczegóły.


Na pierwszy ogień idzie żel do paznokci. Na zdjęciu wyglądał na kryjący – w rzeczywistości to masa niebieskiego i zielonkawego glitteru zanurzona w bezbarwnej bazie. Niestety nie mam (jeszcze, bo zamówienie już złożone) kolorowych żeli, więc pokażę Wam, jak wygląda nałożony samodzielnie na wzorniku. Niestety nawet 3 cienkie warstwy nie są wystarczająco kryjące, by używać go solo, ale będzie idealny do urozmaicenia mani w morskich i turkusowych tonacjach. Jak tylko dotrą do mnie kolorowe, w pełni kryjące żele, to na pewno zrobię jakieś mani z wykorzystaniem tego świecidełka 😊


Na zdjęciu poniżej po kolei, od lewej: 3, 2 i 1 warstwa. Dolne zdjęcie to zbliżenie na potrójną warstwę: jak widzicie nadal są spore prześwity, więc raczej nie ma szansy na uzyskanie nim pełnego krycia. Koniecznie muszę dodać, że na żywo, TEN ŻEL ma bardziej widoczne zielone drobinki, przez co jego kolor staje się zdecydowanie ciekawszy!



Kolejna rzecz, którą zamówiłam, to sukienka. Tak, tak, ja i sukienka podejście kolejne. Ta jest o tyle fajna, że świetnie sprawdza się jako tunika, więc z pewnością założę ją chociaż kilka razy 😉Ma luźny, oversizeowy krój, i ciekawie wygląda również z cienkim paskiem umieszczonym trochę poniżej talii: można wówczas zebrać ją trochę z długości, i przekształcić w bombeczkowy fason. Wykonana jest bardzo porządnie; z bawełny, takiej średnio grubej, więc na mroźną zimę niekoniecznie się będzie nadawała do noszenia, ale przy troszkę wyższych temperaturach już jak najbardziej. Na zdjęciu rękawy podciągnęłam do góry, naprawdę są dłuższe, ale spokojnie można nosić je w obu wersjach.


Już nie jeden raz wspominałam Wam, że lubię ubrania, gdzie połączone są różne rodzaje materiałów. Wybrałam więc bluzeczkę, która spełnia to kryterium – cienka, biała bawełna została tu połączona ze skajem. Ale ten skaj jest bardzo miły w noszeniu: cienki, od spodu pokryty miękkim i przyjemnym w dotyku meszkiem. Co prawda zagięcia na nim są dość problematyczne w utrzymaniu, ale prasując je na lewej stronie można w dużej mierze się ich pozbyć.



Na koniec: coś pomiędzy topem a biustonoszem. NIENAWIDZĘ fiszbin, wiec często wybieram modele albo sportowe, albo własnie bardziej ozdobne, ale bez "drutów". Jak na chińską rozmiarówkę – o dziwo stanik jest na mnie za duży w obwodzie. Na szczęście jego krój pozwala na bezproblemowe zwężenie, co z pewnością zrobię, jak w końcu najdzie mnie wena na uruchomienie maszyny do szycia. Koronka jest miła w dotyku, przy jednym szwie zwisała smętnie nitka, ale był to tylko nadmiar overlokowego szwu a nie jakaś typowa skaza.













11/29/2017

Makijaż/pielęgnacja: Czy dziecko powinno się malować? I kiedy to "dziecko" a kiedy już "nastolatka"? Na ile pozwolić naszej młodej damie?

Cześć!

Normalnie dawno mi się nie zdarzyło, bym pisała posta tak w biegu, na gorąco. Bo po raz kolejny na facebookowej grupie związanej z makijażem zaczęła się g...oburza, dziewczyny podzielone na dwa obozy i wojna ;) Więc z miłą chęcią wtrącę swoje trzy grosze (czego też nie omieszkałam się uczynić we wspomnianym poście na grupie).


Makijaż. We współczesnym świecie chyba każda kobieta, chociaż raz na jakiś czas, robi sobie full mejkap. Czasem w ramach wyjątku, na imprezę, czasem chodzi w nim codziennie. I nie jest to wynalazek naszych czasów – nasze matki też się malowały, nasze babcie już też, chociaż w mniejszym stopniu. Czy jest więc coś dziwnego w tym, że młoda kobietka naśladuje swoją mamę, starszą siostrę czy sąsiadkę? No chyba nie. Dziś na fejsie rozpętała się burza: bo trzynastolatka wstawiła swoją fotkę w pełnym makijażu. Do oceny makijażu, żeby posłuchać rad co może poprawić, by dowiedzieć się z czym ma problem. Komentujące kobiety podzieliły się na dwa obozy – jedne konstruktywnie oceniały wykonanie makijażu, inne wylewały wiadro pomyj i rzucały tekstami: "że gówniara do książek a nie do pędzli", "że kto to widział w tym wieku".

Według mnie: dopóki nie przesadza: chodząc w ciemnym smoky do szkoły (choć tu też uważam, że to sprawa pomiędzy nią, rodzicami a szkołą – która czasem w to ingeruje), to czy naprawdę jest to takie złe? Jeśli (tak, jak wspomniana dziewczynka) nastolatka ma do tego dryg, talent, to czemu ma nie ćwiczyć swoich umiejętności? Czemu zamiast porad czyta falę hejtu? Czy serio kobiety nadal potrafią być tak ograniczone, że uważają, że nauka i makijaż nie mogą iść ze sobą w parze? I czy naprawdę, z ręką na sercu, mogą powiedzieć, że w tym wieku same nie kombinowały już z makijażem?


Opowiem na swoim przykładzie: mając niecałe 12 lat zaczęłam mieć problemy z trądzikiem. I tak, używałam słynnego Constance Carol – oczywiście 3 tony za ciemnego, bo mi nie miał kto doradzić – żeby choć trochę ukryć pryszcze i poprawić swoje samopoczucie. Mało tego, rzęsy też już wtedy zaczęłam malować. I wiecie co? Nie byłam w szkole jedyną dziewczynką w tym wieku, która  zaczynała się malować. Połowa mojej klasy, nie mówiąc już o roczniku wyżej, zaczynała swoją przygodę z makijażem (Bosh, jak my wtedy wyglądałyśmy😂😆). I wiecie co? Nie przeszkodziło mi to przez kolejne X lat mieć świadectwa z czerwonym paskiem, nie przeszkodziło w wygrywaniu olimpiad, nie przeszkodziło w zdaniu egzaminu na koniec gimnazjum najlepiej z mojego rocznika.

Teraz mamy internet, Facebooka, tematyczne grupy. Czemu nie doradzić takiej dziewczynce, by robiła to lepiej, niż my w jej wieku? Czy naprawdę zamiast tego ma czytać przykre komentarze kierowane w jej stronę? Prawda jest taka, że jeśli dziewczynkę ciągnie do makijażu, to nadal będzie to robić, ale być może gorzej, bo nie usłyszy cennych porad. Ba! Nawet, jeśli mama jej zabroni się malować, to pewnie zrobi to w szkolnym WC, kosmetykami pożyczonymi od koleżanki.



Przechodząc do tematu pielęgnacji: bo usuwanie zbędnego owłosienia pod tę kategorię można podciągnąć. Obecnie praktycznie każda kobieta depiluje się w mniejszym lub większym zakresie. I odnośnie nastolatek – tu też mam podobne zdanie. Jeśli dziewczynka weszła już w okres dojrzewania i źle się czuje ze zbędnym owłosieniem, to czemu jej zabraniać coś z tym zrobić? Mało tego: sądzę, że każda matka powinna w tym czasie porozmawiać z córką, nauczyć ją obsługi maszynki (te moje pocięte nogi 😉), czy wręcz czasem zaingerować. Bo chociażby szkoła, wspólna szatnia, przebieranie się na WF. Nastolatki potrafią być...niemiłe, delikatnie mówiąc. Więc dziewczynka sama powinna podjąć decyzję, czy chce usuwać owłosienie, czy już, czy za jakiś czas.

Ja zaprzyjaźniłam się z maszynką od razu, gdy pierwsze włoski zaczęły się u mnie pojawiać. A co lepsze: z powodów rodzinnych mieszkałam wówczas z moją siedemdziesięcioletnią babcią. I wiecie co? Złego słowa od niej nie usłyszałam, jak to czasem starsze kobiety potrafią. Pierwszą maszynkę kupiłam sobie sama, z kieszonkowego, a babcia gdy tylko to zobaczyła – przy najbliższej wizycie na hurtowni chemiczno-kosmetycznej osobiście kupiła mi ich zapas. Nie musiałam pytać, prosić. Po prostu mi je dała, nie wnikając w to, w jakim zakresie ich używam.

Odnośnie wspomnianej niżej ingerencji – tak, sądzę, że czasem matka powinna włączyć myślenie, wysyłając dorastającą córkę na basen czy kąpielisko. W te wakacje, będąc nad pięknie zagospodarowanym do celów rekreacyjnych stawem w mojej okolicy spotkałam się z sytuacją, gdzie pomyślałam sobie "co jej matka ma w głowie?". Ja, jako strachliwiec, siedziałam sobie w płytszej części "basenu", który im dalej od brzegu, tym jest głębszy. Tuz obok mnie pojawiła się trójka nastolatków, chyba rodzeństwa. Chłopak i dziewczyna gdzieś w wieku 18-20 lat wraz z młodszą siostrą. Dziewczynka miała może 10-12 lat, ubrana była w jednoczęściowy strój kąpielowy: dość wysoko wycięty w okolicach pachwin. Naprawdę, nie trzeba było się wpatrywać, bo rzucając kątem oka te parę metrów dalej widziałam doskonale, by dostrzec gęste, ciemne włosy wychodzące z pod stroju 😱. Nie, nie uważam za konieczne, by taka dziewczynka robiła sobie pełną depilację okolic intymnych. Ale delikatna ingerencja i okiełznanie owłosienia byłyby naprawdę wskazane. Lub po prostu zmiana ubioru na zdecydowanie bardziej zabudowany. A o to powinna zadbać matka (lub w ostateczności starsza siostra). Bo matka chyba widziała ja w tym stroju? No bo idąc na basen, kąpielisko: przynajmniej ja nie uważam za przyjemność oglądanie czyjegoś owłosienia łonowego.











11/26/2017

Włosy: Tymczasowa koloryzacja bez niszczenia włosów - pianka Venita Trendy Mousse

Cześć!
Od czasów nastoletnich regularnie farbowałam włosy. Często zmieniałam ich kolor, nie raz bardzo drastycznie, i oczywiście zawsze samodzielnie ;) Czasem się dziwię, ze w liceum nie zostałam łysa, ale dzięki cudnym genom moje włosy są bardzo pancerne, odporne na wszelkie preparaty, wysoką temperaturę i tak dalej. Jednak jakiś czas temu postanowiłam wrócić do naturalnego koloru – w sumie nieciekawego, bo jest to typowy mysi blond.


Jakoś w marcu, mając już włosy do łopatek: ścięłam je dość mocno, wraz z końcówkami pozbywając się ostatnich resztek farby. Jednak nie byłabym sobą, gdybym już w okolicach wakacji nie zaczęła kombinować 😂 Mimo, że jak wyżej wspomniałam, moje włosy są mocne to nie chciałam fundować im amoniaku lub jego pochodnych i postanowiłam przetestować hit tego lata. Pianka koloryzująca pozwala na tymczasową zmianę koloru, w teorii zmywa się po kilku–kilkunastu myciach całkowicie i nie niszczy włosów. Postawiłam na markę Venita, i od razu kupiłam 3 kolory z serii Trendy Mousse: wściekłą pomarańcz( nr 24), ognistą czerwień (34) i wyrazisty fiolet (40).

Niestety nie zrobiłam zdjęć w kartonikach: puszki są identyczne dla każdego koloru, a jego numer jest skrzętnie ukryty na spodzie opakowania.


Na pierwszy ogień, w połowie lipca poszła pianka koloryzująca w kolorze pomarańczowym. Aplikacja jest troszkę trudniejsza, niż w przypadku farby czy saszetek, ale nie jest źle. Trzymałam ją na włosach, zgodnie z zaleceniami producenta około 20 minut. I co? NIC. No, prawie nic – na moich mysich kosmykach dała jedynie delikatną poświatę, widoczną tylko w słońcu.

Podejście drugie: fioletowa pianka użyta pod koniec lipca.



I tu wyszło super. Wyrazisty fiolet towarzyszył mi przez miesiąc. Początkowo sprał się do delikatnego ombre, jednak na koniec z niebieskiego barwnika (bo pamiętacie z plastyki: fiolet = czerwony + niebieski) zostały jedynie zielone tony, więc mój blond lekko zalatywał glonami 😋

Na koniec, początkiem września nałożyłam ognistą czerwień. Prezentowała się świetnie, i ja też się super czułam w takim kolorku. Jednak przez te 1,5 miesiąca włosy zdążyły mi troszkę podrosnąć, cały czas stosuję maski i wcierki przyspieszające wzrost, więc również pojawiły się baby hair, które trochę zagęściły czuprynę. Z tego powodu jedno opakowanie pianki wystarczyło mi tak ledwie, ledwie, zupełnie na styk. A jak z trwałością czerwieni? No i tu niespodzianka. Minął wrzesień, minął październik a kolor wciąż siedział na włosach, jedynie lekko wypłowiały. Pojawiły się odrosty, niektóre pasemka minimalnie bardziej zbladły, ale ogólnie pianka zachowuje się niewiele gorzej niż tradycyjne farby. Czy to źle? I tak, i nie. Nie dziwię się komentarzom na fanpage Venity: niektóre mamy pozwoliły na tę – w założeniu dość szybko zmywalną koloryzację – swoim nastoletnim córkom na czas wakacji. Wakacje się skończyły, a pianka na włosach została. W zależności od użytego koloru: niekoniecznie mogło być to mile widziane w szkołach, prawda?

Osobiście z tej trwałości jestem zadowolona: bo efekt, jak po farbie, ale z nadzieją na zmycie (pewnie z pomocą szamponu przeciwłupieżowego proces przyspieszymy), ale Venita nie bierze zupełnie odpowiedzialności za obietnice składane w opisie produktu. Bo każdemu odpowiada (ja też, w ramach testu, napisałam pytanie w wiadomości na stronie producenta, a w komentarzach dokładnie ta sama śpiewka), że trwałość zależy od kondycji włosa itp. Ok, rozumiem, że na rozjaśnianych, zniszczonych włosach kolor może się utrzymywać zdecydowanie dłużej. Ale nie sądzę, żeby nastoletnie dziewczynki, pierwszy raz sięgające po preparat koloryzujący miały aż tak zniszczone włosy, by pianka w takim stopniu się w nie "wgryzła". Moje włosy również są w bardzo dobrej kondycji, niskooporowe, więc tu tłumaczenie Venity o kondycji włosów zupełnie nie gra.


Sama kupiłam w czwartek kolejne pianki, tym razem już po 2 sztuki na 1 użycie (może z 4 pianek uda się zrobić 3 podejścia, zobaczymy). Cztery razy czerwień i dwa razy inny kolorek: a jaki, to zdradzę jak go już nałożę 😉 I tu spotkała mnie mała niespodzianka podczas zakupów – "mojej" czerwieni były dostępne 4 opakowania, więc wzięłam wszystkie. Dosłownie 15 minut po zakupie zadzwoniła do mnie miła pani ze sklepu, z przeprosinami, że wkradł się im błąd i tej czerwieni mają tylko trzy sztuki. Mając do wyboru zwrot pieniędzy lub inny kolor: poprosiłam, by wybrała kolor najbardziej zbliżony do tego, jak się okazało po (ekspresowym) przybyciu paczki padło na wiśnię. Od razu w piątek nałożyłam kolor: tzn. nakładała mi go mama. Mieszałam na bieżąco w sporej miseczce mniej więcej równe porcje czerwieni i wiśni i powiem Wam, że jestem zachwycona efektem! Wyszło coś dokładnie pomiędzy – niby czerwień, ale minimalnie wpada w wiśnię, i połysk jest właśnie typowo wiśniowy. Cudny kolorek!

Podsumowując: aplikacja i opakowanie są okej. Trwałość? Tu zależy od koloru pianki, od wyjściowego koloru Twoich włosów, ich kondycji, no i wychodzi na to, że od widzie-mi-się danej pianki. Tak więc zakup pianki koloryzującej Venita Trendy Mousse to troszkę loteria, nie wiadomo, jakiego efektu się spodziewać.

Sama będę wierna czerwieniom i fioletowi, ale obiektywnie oceniając – kupujesz na własne ryzyko i nie masz pewności, jaki będzie efekt końcowy.














11/23/2017

Włosy: Spray STYLING EFFECT od Joanny – hit czy KIT?

Cześć!
Jeśli śledzicie mnie na Insta, to być może zauważyliście, że złapałam fazę na kręcenie loków. Co prawda moje włosy są dość oporne na stylizację, ale dużo pomogło mi ostatnie cięcie wykonane specjalnie pod tym kątem. Jednak by utrzymać moje gęste i ciężkie włosy w ryzach potrzebuję również wsparcia w postaci produktów do stylizacji. I dzisiaj parę słów o takim jednym gagatku. Czy się polubiliśmy?

Zazwyczaj włosy kręcone na noc, przeważnie w ślimaczki a'la Reni Jusis 😂, rzadziej na papiloty – już po paru godzinach zaczynały się prostować. Tradycyjna pianka, nawet nakładana bardzo  oszczędnie dodatkowo je obciążała, z żelem czy lakierem nie za bardzo mi po drodze. Kiedy ostatnia promocja w Rossmannie zagnała mnie w jego progi: w moje oczy wpadła zgrabna buteleczka z różowawym płynem w środku. Typowo wodnista konsystencja dawała nadzieję na lekka formułę. Jak się u mnie sprawdza Spray Styling Effect Joanna?


Według producenta mgiełka powinna pomóc nam uzyskać ładny kształt loków i je utrwalić. No to co, pierwsze podejście. Standardowo: wieczorem, po umyciu włosów zostawiłam je lekko wilgotne i wzięłam do rąk buteleczkę (w sumie dość poręczną) ze sprayem. Pierwsze psiknięcie i otulił mnie przyjemny, słodko-kwaskowaty zapach. ALE!!! Spray? Mgiełka? Nie! Dozownik tego produktu to jakieś nieporozumienie. Zamiast faktycznie tworzyć mgiełkę: skupia płyn i dozuje go wręcz punktowo, co powoduje zlepianie i obciążanie włosów. Mimo ponownego rozczesania włosów w celu rozprowadzenia produktu: zaowocowało to następnego ranka fryzurą a'la wku***ony Chopin. Część włosów faktycznie utworzyła przyjemne loczki, część tylko lekko się pofalowała, a reszta tworzyła smętnie zwisające strąki. Nie pozostało mi nic innego, jak umyć włosy i spłukać z nich preparat.

Nie jest to pojedynczy przypadek wadliwego działania rozpylacza. Zaczęłam grzebać w sieci i na wizażowym forum dziewczyny skarżyły się na to samo.

Wracając do samej zawartości tego felernego opakowania: ja radziłam sobie albo psikając 1 dozę na wilgotne dłonie, rozcierając go i delikatnie przeczesując włosy palcami. Albo wołałam kogoś do pomocy, żeby pryskał z większej odległości, niż sama mogę to robić. Tu jednak sporo produktu tracimy, bo osiada nie tylko na włosach, ale i dookoła. Teraz przelałam płyn do innej butelki. Bo nałożony poprawnie działa naprawdę fajnie! Jak do tej pory moje włosy prostowały się już popołudniem, a wieczorem po skręcie zostawały ledwie widoczne resztki. Teraz chodzę w lokach bite 2 dni – chociaż oczywiście wiadomo, że po nocy są one już mniej wyraziste niż pierwszego dnia. Chociaż taka mniej "wygłaskana" fryzurka również mi bardzo odpowiada.

No i cóż, mam mieszane uczucia wobec mgiełki. Bo mgiełka, sama w sobie działa naprawdę świetnie. A skoro na moich włosach, nieskorych do współpracy, się sprawdza, to przypuszczam, ze sprawdzi się u większości z Was. I za działanie dałabym 10/10, bo to naprawdę mój hit.

Jednak kwestia dozownika znacząco psuje wizerunek produktu. Bo skoro jest dozownik, który ma tworzyć mgiełkę, to dlaczego nie spełnia swojej roli? Czemu, jako użytkowniczka sprayu, mam kombinować – "jak by go tu zaaplikować?". Jakieś dozowanie dłońmi, angażowanie osób trzecich. Przelewanie do innych opakowań. No porażka jakaś, Joanna się tu nie popisała! Za opakowanie dałabym 1/10, inaczej się nie da, bo większego kitu jeszcze nie spotkałam.

Więc średnia ocena to:


Ani nie polecę, ani nie odradzę. Świetne działanie produktu okupione będzie trudnością w jego używaniu. Jeśli dla pięknych loków jesteście skłonne pocierpieć: wypróbujcie, na skuteczności produktu nie powinnyście się zawieść.












11/19/2017

Pielęgnacja: Demakijaż - czy pamiętasz o 1 ważnej rzeczy?

Cześć!

Kontynuując serię na temat trądziku, dzisiaj chcę napisać o jednej, ważnej rzeczy. Ważnej nie tylko dla osób zmagających się z niedoskonałościami na co dzień – jest to równie istotna rzecz dla każdej kobiety, która się maluje, zwłaszcza gdy robi to codziennie. Demakijaż. Czy Ty też popełniasz ten jeden, tak istotny, błąd?

poprawny demakijaż

Demakijaż to podstawa!

Czy zdarzyło Ci się kiedyś, na przykład po powrocie z imprezy, iść spać bez demakijażu? Ja przyznaję: tak. Jednak kiedy zainteresowałam się kosmetyką to bardzo szybko przestałam tak robić. Później kilka semestrów na kosmetyce (tak, zdarzyło mi się uczyć na Technika Usług Kosmetycznych, jednak ze względów osobistych musiałam przerwać prawie pod sam koniec) z bardzo wredną 😉😋, ale mądrą i doświadczona panią od dermatologii i przedmiotów pokrewnych sprawiło, że stałam się jeszcze bardziej świadoma odnośnie dbania o skórę i pielęgnacji. Oczywiście nie jestem specjalistką, ale jednak wiem troszkę więcej niż przeciętna Kowalska malująca się na szybko do pracy.
Makijaż sam w sobie nie jest zły, wbrew temu, co nadal niektórzy twierdzą. Nie sprawi, że w wieku 25 lat będziemy straszyć zmarszczkami. To źle dobrane kosmetyki i błędy popełniane podczas makijażu i demakijażu mogą zrobić nam krzywdę. Ciężkie kosmetyki, silikony nie pozwalają naszej skórze oddychać, "kisi się" ona pod często zbyt grubą warstwą makijażu. O doborze kosmetyków innym razem, dziś skupię się na demakijażu.


Rutyna demakijażu

Postanowiłam poruszyć temat po jednej z dyskusji na Facebook'owej grupie kosmetologicznej, gdzie zdecydowana większość dziewczyn pracuje w zawodzie od lat. Padło pytanie: czy Wasze klientki tez tak robią? Ogrom potwierdzających komentarzy mnie przeraził. A wszystko dzięki złej sławie (a czasem złemu zrozumieniu przez klientkę zaleceń) jednej substancji.
Robiąc demakijaż: sięgasz pewnie po mleczko, płyn micelarny lub coś w tym stylu. Wacik czysty, więc myślisz, że skóra też, więc bierzesz tonik, krem itd. Prawda? A nie zapominasz o czymś?

Woda zdrowia doda!

Tak. Ta wstrętna woda, która tak wysusza skórę 😉 Owszem, parując z powierzchni skóry "kradnie" nam z niej tak potrzebne nawilżenie, zmienia odczyn PH: ale po to właśnie jest tonik i krem używane później, by do tego nie dopuścić. Ale NIC nie oczyści naszej skóry tak dokładnie jak woda. Najpierw użyta wraz ze środkiem myjącym, później używana bardzo obficie do spłukania twarzy z resztek detergentu. Tu nawiążę jeszcze do poprzedniego wpisu (-> KLIK <-) i dodam, że najlepiej opłukiwać twarz po prostu nabierając wodę w dłonie, używając prysznica: wszelkie myjki, gąbki nawet przy odrobinie nieuwagi staja się siedliskiem bakterii!
Dlaczego jest to tak ważne?  Mleczka, żele czy nawet płyny micelarne zawierają rożne składniki. Bezbarwne, a więc niewidoczne na waciku, który daje nam złudzenie czystej skóry. Niektóre z nich owszem, mogą dobrze wpływać na naszą skórę, ale też w odpowiedniej ilości, a nie nakładane na twarz codziennie, warstwa po warstwie. Inne półprodukty kosmetyków konieczne są do poprawnego ich działania, ale dla naszej skóry już niekoniecznie. Kiedy zostawiamy je na twarzy mogą działać komedogennie, nasilać trądzik, z którym tak uparcie walczymy.


Myślicie, że piszę o oczywistej oczywistości? No jak się okazuje: nie! Dziewczyny mające (lub pracujące w) gabinety przytoczyły we wspomnianej dyskusji naprawdę niewyobrażalną masę podobnych przypadków u klientek. Pominę milczeniem powszechne używanie toniku jako środka do demakijażu. Ale zdecydowanym "hitem" są kobiety, które przedłużają sobie rzęsy.  Owszem, przez pierwsze 48h po zabiegu nie należy moczyć rzęs, aby klej dobrze związał. Ale ilość przypadków, kiedy dziewczyna wraca na ściągnięcie/uzupełnienie rzęs mając w nich wszystko: od resztek cieni po inne obrzydlistwa (czasem żyjące...)  jest przerażająca, a zdjęcia pokazujące fragmenty takich cudów – cóż, nie polecam oglądać po jedzeniu. "No bo przecież mówiła Pani, żeby ich nie moczyć" 😱 Jakoś 48h a kilka tygodni nie zrobiło im różnicy...

Tak więc – mimo nie zawsze pozytywnej opinii, jaką nie do końca słusznie dostała w ostatnim czasie woda – nie zapominajcie o niej!